Prestiż Oscarów

Oscary. Każdy mniej lub bardziej się nimi interesuje, wiadomo, prestiżowa sprawa. Ja zwykle interesuję się mniej. Powód jest bardzo prosty, oglądam mało filmów. W wolnym czasie robię raczej maratony serialowe, a filmy rzadko oglądam poza kinem. Patrzę na nie bardziej pod kątem aktorów niż filmów. W tym roku było trochę tak, ale trochę nie tak. Jako że się bardziej zaangażowałam, chcę wam o tym opowiedzieć.
Będę mówić o konkretnych produkcjach i mam nadzieję, że je akurat kojarzycie. Jakby co, podlinkuję zwiastuny i źródła. Lecimy!

Po pierwsze animacja. To akurat sprawdzam co roku, bo jedyne filmy długometrażowe,z którymi jestem trochę bardziej obcykana, to te animowane. Głównie z Disneyem, resztę nie zawsze mi się chce. Ale to Disney przejął Oscary jeśli chodzi o animację, więc... Szczerze mówiąc, było mi obojętne, czy wygra Zwierzogród czy Moana, wygrał Zwierzogród, co jest swoją droga bardzo "oscarową" rzeczą. Poruszał kwestie segregacji rasowej i dobrze, że to doceniono.
Właściwie nie brałam pod uwagę żadnych innych animacji, bo przez ostatnie dziesięć lat Disney nie wygrał tylko raz, wygrało Rango (cholera wie, czyje ono jest, Nickelodeonu?). Ale w tamtym roku Disney wypuścił tylko Chatkę Kubusia Puchatka, a Disney Pixar nic. Więc biorąc pod uwagę, że 20% sędziów przyznało się, że nie sprawdza w ogóle nominowanych animacji, Disney stał się chyba zasadą. Dodam jeszcze, że od 2003 roku nie wygrała żadna nie amerykańska animacja. W 2015 roku były nominowana świetna animacja Japońska, Księżniczka Kaguya. I przegrała z Wielką Szóstką. I byłam zawiedziona. Jak wytresować smoka i Księżniczka Kaguya zasłużyły wtedy bardziej (proszę na mnie nie krzyczeć, moje zdanie. Wiem, że bardzo dużo osób uwielbia Wielką Szóstkę)
Jeśli chodzi o Moanę, trzymałam za nią kciuki w kategorii muzycznej. Nie wiem czy kojarzycie Hamiltona. W ostatnim roku bardzo głośny musical na Brodwayu. Jego twórca (Lin-Manuel Miranda), który grał też Hamiltona, skomponował muzykę i napisał słowa do piosenek z Moany. Może nie były one lepsze od tych z La La Landu, ale ten był nominowany w prawie każdej innej kategorii, więc przez sentyment do Hamiltona i do Mirandy trzymałam się Moany.

Jeśli chodzi o La La Land, już wam o tym ględziłam (tutaj). Kocham ten film, kocham muzykę. Historia nie była zbyt oryginalna, ale była zaprezentowana w cudowny sposób i chyba na tym polega ten film. Znana historia w nowej odsłonie. Strasznie mnie zirytowało, że w internecie najpierw było wielkie Bum! na ten film, że jest olśniewający, wspaniały, piękny, a teraz jedyne opinie jakie widzę, to że jest przeciętny, przewidywalny, wcale nie taki dobry. Internet często odwraca się od tego, czym na samym początku się zachwyca. Czuję się jak jedyna osoba na świecie, która cieszy się, że La La Land dostał te swoje statuetki.
Wracając do gali i La La Landu. To, że Chazelle wygra Oscara dla najlepszego reżysera było oczywiste. Tak samo jak Oscar za zdjęcia całego filmu. Emma Stone dostałą Oscara, co jest świetną sprawą bo sobie oczywiście zasłużyła, ale bardzo liczyłam na Goslinga. Zawsze mi przykro, kiedy tylko jeden z aktorów, których postacie się uzupełniają w filmie zostaje wynagrodzony. Nie widziałam Menchester by te sea, więc nie wiem jak spisał się Cassey Afleak, który własnie wgrał w kategorii na najlepszego aktora pierwszoplanowego. 

No i w końcu osoba, za którą trzymałam kciuki najbardziej. Moje oczekiwania co do Moany, La La Landu czy czegokolwiek innego są niczym przy tam jak bardzo chciałam, żeby Viola Davis dostała Oscara. Uwielbiam ją jako aktorkę, jako osobę publiczną i uwielbiam Fences i bardzo się cieszę, że jej rola w tym filmie została doceniona.

W sumie to by było na tyle, chciałam podzielić się emocjami. Widziałam jeszcze Arrival (nie do końca) i Boską Florence, Legion SamobójcówŁotra 1. i Księgę Dżungli, ale miałam do ich nominacji i wygranych neutralny stosunek. Wybierałam się też na Moonlight, ale nie trafiłam Jednak do kina,, ale muszę to nadrobić. Mój numer jeden na liście do obejrzenia aktualnie.


Koniec o samej gali, teraz druga część posta dotycząca zachowania niektórych osób.
Nie oglądałam gali, chociaż bardzo chciałam, więc zaplanowałam sobie czterdzieści minut drogi do szkoły na Tumblrze. Moje źródło wszelkiej informacji numer jeden jeśli chodzi o wydarzenia kulturowe, polecam gorąco. Memy też mają zwykle pierwsi.
Wracając, zostałam wręcz uderzona tym, co tam zastałam. Bardzo dużo negatywnych komentarzy na tle rasowym. Najbardziej uderzył mnie ten załączony. I jeszcze jeden, którego nie zescreenowałam, ale wysyłałam przyjaciółce treść, więc przekopiuję. "Black lives matters" "All lives matters" shut up". I tego było więcej.
La La Land i Moonlight (z tego, co wywnioskowałam z tumblra, zwiastunu i recek, bo jak mówiłam, nie widziałam) były bardzo ochoczo porównywane przez to nieporozumienie z ogłoszeniem wyników. Wywołali nie tę ekipię i w połowie przemówień twórców La La Landu musieli im przerwać i ich odwołać, ogłaszając, że prawdziwym zwycięzcą jest Moonlight.
La La Land jest lekki, rytmiczny i ładnie zaprezentowany, historia o pogoni za marzeniami. Moonlight jest "cięższy" jeśli chodzi o tematykę. Segregacja rasowa, zakochany w innym chłopaku czarnoskóry młody człowiek. A jakie zestawienia widziałam? Że wszyscy przez chwilę się bali, że typowy biały film o ludziach, którzy tylko chcą być sławni i bogaci wygra z tak głębokim, wzruszającym filmem "about people of colors". Spłycenie La La Landu już samo po sobie mnie zirytowało. Jeśli ktoś go nie poczuł, nie zrozumiał i sprowadził do czegoś takiego, jego strata. Ale podkreślanie cały czas "biały" i "czarny" i wyższość tego drugiego w temacie okropnie mnie rozdrażniła. Dlaczego nikt nie współczuł tej obsadzie? Na pewno czuli się bardzo zażenowani i trochę zniesmaczeni, nie chciałabym, żeby ktokolwiek był na ich miejscu. I co za różnica, jakiego pochodzenia etnicznego byli aktorzy? Co to w ogóle za podział? "Biały film" "Czarny film" gówno prawda. Film o marzeniach i film o pragnieniu wolności, to tak. Oba były dobre i oba były też nieporównywalne w pewnym stopniu. Zestawianie ich nie do końca ma sens. Obie ekipy się napracowały, włożyły serce w tę pracę, obie miały oczekiwania co do tej gali i obie zasłużyły na swoje nagrody. Przez  p r a c ę. Nie kolor skóry. A jak czytam takie wpisy, jak ten zacytowany, niekoniecznie o Oscarach, ale ogólnie, (a nie zawsze to są takie krótkie dialogi, czasem wywody i rozprawki) to czuję się źle ze sobą i jestem zniesmaczona, a Tumblr to ta kolebka internetu, gdzie wszyscy wspierają wszelkie kwestie wolności osobistej i akceptacji siebie czy swojego pochodzenia. Pozornie, jak się okazuje.

Przepraszam za angielskie wtrącenia, nie umiałam z Tumblra tego ładnie przetłumaczyć. Zostało mi czterdzieści minut na dodanie ostatniego posta w tym miesiącu, a obiecałam sobie, że będą trzy miesięcznie.

Czy łacina się opłaca?

Jestem aktualnie w liceum na profilu klasycznym. To znaczy, że w ramach rozszerzeń humanistycznych zajmujemy się polskim i historią, a dodatkowo łaciną i kulturą antyczną. Kiedy wybierałam profil, jakieś milion osób powtarzało "łacina się nie przydaje!". Przydaje. Teoretycznie to język martwy, ale nadal wpływowy w naszej kulturze.
Ze strony praktycznej- na podstawie łaciny zbudowano włoski, hiszpański, portugalski i francuski. Poza tym, bardzo wiele innych języków (w tym polski) ma naloty z łaciny. Fundamentalny język aż do szesnastego wieku. W renesansie dopiero zaczęto doceniać języki narodowe i łacina straciła na wartości. Więc jeśli chodzi o bazę do nauki innych języków łacina się sprawdza. Plus mamy za sobą jakieś dwa tysiące lat spisanych po łacinie.

Dodatkowo to język nauki. Biologia, chemia? Łacina. Historia, lingwistyka? Łacina. Gdzie nie zajrzysz, tam łacina. Jestem prawie pewna, że nauka łaciny ułatwi mi studia, chociaż jeszcze nie wiem gdzie idę. Swoją drogą, słyszałam, że pierwszy rok prawa to w sporej części prawo starożytne i prawo rzymskie. Czyli też łacina.

Dobra, to wszystko wiemy. To były moje argumenty, dlaczego idę do tej klasy. Teraz bardziej zaskakujące fakty, które wyciągnęłam do tej pory.


Łacina bardzo systematyzuje czas. Serio, w życiu bym się tego nie spodziewała i nie jest to wina języka, ale bardziej łacinników, którzy zawsze powtarzają, że łacina wymaga regularnej pracy, utrwalania, powtarzania. Teraz mogę się pod to podpiąć. Uczy systematyczności. Nie da się uczyć łaciny na pół gwizdka. Albo się temu poświęcasz, wkuwasz deklinacje, końcówki, odmiany i inne szaleństwa, albo umierasz na testach, a w trakcie tłumaczenia tekstów w ogóle nie wiesz o czym mowa. A matura z łaciny opiera się na tłumaczeniach, więc powodzenia.



Druga rzecz, która jest ściśle powiązana z tym przedmiotem bardzo mnie osobiście bawi. Kiedy uczysz się jakiegokolwiek języka zaczynasz od podstaw takich jak "Nazywam się Agata. Ładna dziś pogoda. Świeci słońce. Lubię kolor niebieski. Jeden dwa trzy cztery" Uczę się łaciny od pół roku i potrafię powiedzieć jak mam na imię i skąd jestem. I opowiedzieć dzieje Eneasza w Kartaginie, przedstawić okoliczności śmierci Elissy, mówić o sporze Rzymian z Sabinami i tak dalej. Ale dobrze się bawię mimo wszystko.

Łacina robi wrażenie. Nie powinnam o tym mówić, bo to nie jest godny powód, żeby się jej uczyć. Nigdy nie lubiłam humanistów, którzy zadzierają nosa i czują się nadludźmi, bo rozumieją i znają sztukę, jakby to był jakiś przywilej. Mam trochę takich osób w klasie i są jak neon " patrz, masz kimś takim nigdy się nie stać". Dla nich łacina jest kolejną cegiełką w fundamencie ich wspaniałości i wyjątkowości. Można i tak. Mi po prostu miło, jak ktoś mówi "wow, uczysz się łaciny?" albo kiedy czytam książkę i pada jakieś tajemnicze łacińskie hasło, a główny bohater mówi "hmmm ciekawe co to za zagadka", a ja to wiem. Albo przynajmniej kojarzę. Zazwyczaj.

Kolejna miła rzecz. Internet ma swój półświatek łacinników i klasyków. Świetnie się bawię na Latin Student Problems albo pod hasztagiem #LinguaLatina na tumblrze. Miło wiedzieć, że jest jakaś grupa osób tak samo szurniętych. A inside jokes są wspaniałe. Plus znalazłam tekst to "Let it go" po łacinie. albo "Hellfire" z Dzwonnika z Notre Dame. To brzmi super, polecam.

HAHA kto się zaśmiał? 

To by było na tyle. Łacina jeszcze pewnie się na Kocich Wąsach pojawi. Nasza miłość to typowy angst, kocham ją, ale nie radzę sobie w tej relacji trochę. Ale do matury się ogarnę! 
Zdjęcia wygrzebałam z tumblra, wyglądają trochę nieestetycznie, mea culpa, więcej tak nie zrobię.


Za co kocham francuskie musicale

Zwykle jeśli chodzi o musicale sceniczne, pierwszym skojarzeniem jest Broadway. Lubię, doceniam, ale specjalne miejsce w moim sercu ma scena francuska. Zwykle krążyłam po internecie i jeśli coś było publikowane online, oglądałam. W tym roku będę miałam okazję zobaczyć na żywo dwa, w tym moje ukochane Notre Dame de Paris, więc okropnie się cieszę.

Ale wracając do tematu, przed wami lista rzeczy, które wyróżniają moim zdaniem francuskie musicale. Pojawi się kilka linków i byłabym wdzięczna, gdybyście do nich zajrzeli. Zwykle rzeczy, które linkuję to dodatek i nie są ściśle powiązane z treścią posta, ale w tym przypadku jest na odwrót.

1. Język
Nie każdy lubi francuski, ale dla mnie jest magiczny. Kocham ten język i bardzo chciałabym się go uczyć. Wzięło się to, nie ukrywam, od musicali. Ciężko mi to wyjaśnić, ale francuski wydaje mi się bardziej emocjonalny od angielskiego, bardziej wyrazisty. Weźmy chociaż La Monture z Notre Dame po francusku i po angielsku. Jestem przekonana bardziej do wersji francuskiej, ale myślę, że to kwestia gustu.

2. Taniec
Moja znajoma też uwielbia musical Romeo et Juliette, ale tak jak ja gloryfikuję francuski oryginał, ona za nim nie przepada i woli węgierską wersję. Jak dla mnie jest słaba. Porównywałyśmy dwie wersje głównej piosenki, Królów Świata (Les Rois Du Monde). I to co mnie uderzyło to taniec. We francuskich musicalach taniec jest bardzo ekspresyjny, kojarzy mi się ze współczesnym baletem. Nie widziałam tego na przykład na Broadwayu (ani w tej okropnej węgierskiej wersji, która z sentymentalnej, ekspresyjnej piosenki o wolności i młodości zrobiła jakieś wesołe brykanie).

3. Duety
To nie jest zasada, ale rzuca się w oczy. Większość piosenek w części musicali (np. w Mozart l'opera rock) to same duety i solówki. Nie żebym preferowała taką formę, ale to też coś innego. W Romeo et Juliette są tylko cztery utwory grupowe. To pozwala poznać wszystkie postaci i przyjrzeć się im z bliska. Poza tym daje pole do popisu aktorom. Dobra rzecz.

4. Dostępność
Za to po prostu kocham kocham kocham Francuzów. Prawie wszystkie musicale, a przynajmniej wszystkie opłacalne i popularne, wychodzą w wersji DVD. I potem ta wersja DVD jest w internecie w dobrej jakości. A ja ja oglądam i się cieszę i nie muszę piracko ściągać i bać się policji, jak w przypadku Hamiltona.

5. Obsada
Mogłabym się czepiać częstych recastów, gdybym naprawdę mogła oglądać musicale na Broadwayu. Ale i tak mi przykro. Tęsknię za pierwszą obsadą Hamiltona. Znaczy się, rozumiem, że na przykład Chicago trzyma się na Broadwayu od dwudziestu lat (od wznowienia, premiera była w latach siedemdziesiątych) i nikt nie chciałby dożywotnio utknąć w jednej roli, ale i tak ścisnęło mi się serduszko, kiedy na tegorocznych Tony Awards występowała osoba z obsady z 1996. I przykro mi, że nie mogłam stwierdzić stuprocentowo, czy to była Velma Kelly czy Roxie Hart.
W musicalach francuskich recaty nie są aż tak powszechnym zjawiskiem i super. W amerykańskich musicalach główna obsada zwykle zmienia się po roku, we francuskich zostaje do końca.

To składowe elementy, które udało mi się wyłonić. Francuskie musicale mają swojego ducha. Nie mogę się już doczekać, aż zobaczę Notre Dame i Mozart l'opera rock, mam nadzieję, że myśl twórców zostanie dobrze oddana. No i oczywiście bardzo wam wszystkim polecam te musicale!

Na koniec zostawiam wam moją ulubioną piosenkę z Notre Dame de Paris, kocham ją całym serduszkiem. 
Zdjęcie na górze znalazłam na tumblrze, to Mozart i Sailieri z Mozart l'opera rock. 
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka