Spóźnione sto lat!


Mam ochotę otworzyć teraz okno i wykrzyczeć "MÓJ BLOG MA ROK! DAŁAM RADĘ!"
Ma dokładnie rok i jeden dzień, bo jakoś przez cały tydzień myślałam "Pamiętaj, że w czwartek Kocie Wąsy mają rocznicę" i akurat w piątek o tym zapomniałam. Bardzo w moim stylu.

Ale wow. Jestem pod wrażeniem. Siedzę w blogsferze od dawna, ale żadne mój blog nie wytrzymał dłużej niż rok. Nawet Kocie Wąsy 1.0, bo to, co czytacie, to Kocie Wąsy 2.0. Pierwsza wersja była naprawdę żałosna, ale myślę, że się troszkę wyrobiłam. I mam nadzieję, że za rok powiem to samo, bo grunt to robić postępy. Chciałabym również za rok powiedzieć, że ten blog nadal daje mi radość. Nie narzucam sobie zasad ani limitów, nie pilnuję się zbytnio i nie zwracam uwagi na ilość czytelników. Chce nadal pisać, bo lubię.
Dobra, to nie problem, jestem bardzo dobra w niestawianiu sobie wyzwań.

Nie będę pisać wywodów, tylko króciutko podziękuję tym, którzy są tu na stałe, to bardzo miłe i motywujące. Macie ode mnie wirtualnego buziaka! Mam nadzieję, że nie zawiodę.


La La Land

Mia (Emma Stone) pracuje jako niespełniona baristka i z uporem chodzi na kolejne castingi, gdzie za każdym razem odrzucają jej podanie. Sebastian (Ryan Gosling) grywa świąteczne numery w nudnych knajpach, podczas gdy wolałby ratować ducha starego jazzu. Ich cele wydają się nieosiągalne i zbyt odległe, a kolejne próby podejmują jakby dla zasady, żeby sprawiać pozory, że się nie poddają. Spotykają się kilkukrotnie, przypadkowo. Chociaż na początku nie pałają do siebie sympatią, dostrzegają, że są wstanie się wzajemnie  inspirować i motywować. Wiara i miłość wydają się wystarczające, by podbić Los Angeles i zabłysnąć. Problemy jednak zaczynają się piętrzyć, a główni bohaterowie gubią swoje priorytety.

Fabuła może nie jest specjalnie oryginalna. Romans dwóch marzycieli na tle przepychu Hollywood. To znana już historia opowiedziana w nowy sposób. Zachwyca i budzi silne emocje, a przecież to jest ważniejsze. Bardzo polubiłam Sebastiana, sposób w jaki mówi o jazzie jest naprawdę fascynujący. Ma w sobie ogromną miłość i pasję. W jego niepoukładanym, nieszczęśliwym życiu tylko jazz jest na swoim miejscu. Mia też jest dobrze wyważona, bardziej realistyczna. Sebastian namawia ją, żeby zamiast dopasowywać się do standardów producentów (którzy podczas przesłuchać bardziej interesują się swoją kanapką niż aktorkami) spróbowała napisać coś własnego. Monodramaty nie są zbyt dobrze odbierane, ale Mia, która zaczynała już wątpić w swoje przeznaczenie, dzięki namowom Sebastiana postanowiła spróbować.

Damiene Chazelle (reżyser i scenarzysta) idealnie połączył ducha dawnego Hollywood i klasycznych musicali ze światem współczesnym. Muzyka jest równie ważna co dialogi, zawiera się w niej historia i duże emocje. Pierwszy numer (Another Day of Sun) był bardzo, bardzo dobrym początkiem. Randomowi ludzie zaczęli śpiewać w samochodach, potem wyszli z nich i zaczęli tańczyć w korku. Wszystko wesołe i z rozmachem i tak absurdalne, jak to często bywa w musicalach.

Wizualnie "La La Land" jest bardzo estetyczny, byłam zachwycona kolorystyką, neonami, strojami, grą świateł. Zwraca uwagę i tworzy klimat. Genialnie uzupełnia się z muzyką. Nie mogłam oderwać oczy od ekranu, syciłam się kolorami i szczegółami, bojąc się, że jakiś mi umknie. Właściwie w tym filmie wszystko jest świetnie wyważone. Współpracownik Sebastiana w pewnym momencie powiedział, że jazz umiera, bo nie dopasowuje się do realiów danych czasów i trzeba go modyfikować. To właśnie Damiene Chazelle zrobił ze swoim musicalem. Zachował elementy i geniusz produkcji z lat sześćdziesiątych, otoczył to chwytliwą muzyką, wyważył między starym a aktualnym Hollywood i świetnie zaprezentował. Historia też jest słodko-gorzka. Marzenia się spełniają, ale nie można mieć wszystkiego.

Podpisuję się pod wszystkimi recenzentami, którzy wróżą "La La Landowi" Oscary. Zdecydowanie na to zasłużył. Ten film urzeka. Frustracja i upór bohaterów, ich krucha wiara, świetnie uchwycony duch jazzu, klimat dawnego musicalu i estetyka są po prostu powalające. Emma Stone i Ryan Gosling świetnie się spisali jako Mia i Sebastian. Nie wiem co jeszcze powiedzieć, żeby nic nie zaspojlerować i równocześnie zachęcić was do zobaczenia tego filmu. Sama niedługo wybieram się na niego ponownie.  

Na koniec zostawiam wam moją ulubioną piosenkę! 

rozgrzeszenie Wattpada


Jest masa stereotypów o Wattpadzie. Że publikuje się tam same słabe fanfiki, że to wszystko jest nierealne do poziomu głupoty, że piszą to naiwne nastolatki. Podpisuję się pod tym rękami i nogami, bo w sześćdziesięciu procentach to prawda. Siedzę na Wattpadzie od dawna i bardzo dużo tam widziałam. I tylko dlatego, że dokładnie go przewertowałam, stwierdzam, że mimo wszystko nie jest taki zły.
Jest jakaś sfera opowiada fantasy, w które się nie zbytnio zagłębiałam. Ludzie publikują też wiersze, ale raczej się o nich nie mówi.

Większość opowiadań jest o szarej myszce / królowej szkoły, która zakochuje się w idolu / nauczycielu / jakimś zdemoralizowanym chłopcu. Jest okropnie biedna / okropnie bogata i zawsze ma iphone'a. Chodzi na imprezy i w tłumie udaje kogoś innego i tylko jej wybranek serca wie, jaka jest naprawdę (oraz jej przyjaciel gej). Rodzice są zbędni w opowiadaniach, więc zawsze pracują i wylatują gdzieś służbowo / nie żyją, żeby główna bohaterka mogła spać u swojego chłopaka, oglądać z nim straszne filmy, a potem jeść naleśniki na śniadanie. (ogólnie nie je nic poza naleśnikami, jogurtami i jabłkami).
Część z tych rzeczy zgadza się z większością fanfików/opowiadań, które czytałam na Wattpadzie. To fakt, że niektóre opowiadania są do siebie rażąco podobnie, części bohaterek brakuje charakteru i zdarza się masa błędów logicznych. I co z tego.

Tam jest tak okropnie dużo opowiadań, pomysłów, wątków. Nie zawsze najlepsze są najpopularniejsze. Nie zawsze najciekawsze au jest rozchwytywane. Jeśli się jednak poszuka, każdy znajdzie tam coś dla siebie, serio. Czasem czytam jakieś wyjątkowo kreatywne albo zaskakująco dobrze napisane opowiadanie i zastanawiam się, dlaczego ono w ogóle jest na Wattpadzie, gdzie wszystko ma metkę "tandetne i naiwne".
 
Jest jedna zasadnicza różnica między Wattpadem a Bloggerem, Tumblrem czy jakimś forum. Wattpad nie zabija kreatywności. Serio, tam ludzie nie stawiają poprzeczki nie wiadomo jak wysoko, zazwyczaj cieszą ich urocze rzeczy, a na błędy przymykają oko. Czytałam kilka opowiadań jednej autorki z różnych okresów. Jej pierwsze opowiadania były trochę niezręczne, trochę niekonkretne, ale ludzie, którzy to czytali, motywowali autorkę. Jedno z jej ostatnich opowiadań należy aktualnie do moich ulubionych. (Wrócę do tego niżej). Co prawda, jeśli jest się zdeterminowanym żeby pisać, niezależnie od miejsca czy krytyki będzie się to robić. Często jednak potrzebna jest motywacja zewnętrzna.

Pamiętam swój debiut z opowiadaniami, które wstawiałam na jakieś forum. Wszystkie laski były tak złośliwe i wytykały mi każdy najmniejszy błąd, a całe komentarze to była głęboka analiza poczynań głównego bohatera i różne "ja bym to napisała tak i tak bo to zdanie brzmi dziwnie". Usunęłam opowiadanie natychmiastowo i dalej pisałam do folderu, po co mam się stresować. Moim zdaniem, jeśli treść jest zadowalająca, forma może być trochę koślawa. Zdarza się, nie wszyscy dążą do profesjonalizmu i nie koniecznie zamierzają zostać wielkimi literatami. Niektórzy piszą dla zabawy i Wattpad jest dobrym miejscem, jeśli chce się to publikować.

Drażnią mnie dwie rzeczy. Uno, na opowiadania zwykle mówi się tam "książki". Przepraszam, ale większości tych prac bardzo wiele brakuje do książek. Bardzo, bardzo wiele. Ukończony fanfik nie równa się książce. To tak, jakby listę zakupów nazwać wierszem. Z drugiej strony, jestem chyba jedyną osobą, która nie ma nic przeciwko wydawaniu fanfików. Zwykle polegają one na tym, że niektóre postacie mają jednakie imiona z jakimiś sławami, nic więcej. Cała praca jest wytworem tylko i wyłącznie autora i jeśli jest ktoś, kto chce to wydać i ktoś, kto chce to czytać, to chyba nic złego. (Nie mówię tu konkretnie o Afterze, najbardziej kojarzonym wydanym fanfiku. Główna bohaterka była głupią, szarą kościelną myszką, która bała się ludzi z tatuażami. Strasznie mnie ta historia irytowała.)

Dos. Widziałam trochę opek, które mogą urazić czyjąś wiarę lub poglądy polityczne, albo które są okropnie niesmaczne. "Miłość Hitlera z Żydem" "Czternaście dni z księdzem" i "O miłości cieplejszej niż piec - Hilter x Jezus" to moje flagowe przykłady w tym temacie. Fakt, że niektórych to bawi jest lekko druzgocący.
Kiedyś strasznie irytowały mnie też angielskie tytuły, nadal trochę irytują, ale na Wattpadzie często są to tytuły piosenek lub cytaty z nich, co z kolei ma odniesienie do wydarzeń lub postaci w fanfiku, więc to chyba usprawiedliwione.
Wattpad jest społecznością jak każda inna, sporo gównianych rzeczy, ale też sporo bardzo dobrych. Podsumowując, dla mnie ma więcej plusów niż minusów.
Większość opowiadań piszę dla siebie, okazjonalnie wrzucałam je na drugiego bloga, a teraz publikuję jedno dla zabawy na Wattpadzie, jako sympatyczny przerywnik do mojego głównego projektu. Dobrze się bawię z tym opowiadaniem, nie muszę się zbytnio nim stresować i to bardzo dobre doświadczenie.

Propos sympatyczniejszych prac, na koniec zostawię wam moje trzy ulubione.
Pretty face
Be my inspiration (to o tym mówiłam wyżej)
The ona that got away (to druga część Teenage Dirtbag, które jest całkiem sympatyczne, ale wyraźnie słabsze)

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka