OTP tag

Mam w moim bullet journal listę shipów, które są bliskie mojemu serduszku, jest ich sześć razy więcej niż mam przyjaciół, ha ha. Życie nerda. Ten tag zwykle dotyczy książek, ale pozwolę sobie załączyć też shipy serialowe. Nie muszę chyba wspominać, że to post naszpikowany spojlerami? Zmieniłam kilka pytań z tagu znalezionego w internecie.

1. Najbliższe OTP mojemu sercu na tę chwilę
Pynch! Ogólnie seria "The Raven Boys" to jedna z najlepszych serii które czytałam, słowo. Postacie i ich relacje są mega dobrze rozpracowane, historia wielowątkowa i trzymająca w napięciu, świetny reaserch mitologiczny i dużo łaciny! Relacja Adama i Ronana rozwijała się na przestrzeni książek bardzo powoli, bardzo dokładnie. Wiele małych gestów, chaotycznych myśli. I bardzo, bardzo dużo dobrych opisów, naprawdę. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam styczność w książce z tak dobrze zbudowaną relacją (chociaż w tym roku mało czytam). "The Raven Boys" skończyłam w styczniu, ale od tamtej pory plącze mi się po głowie. 

2. Martwe OTP 
Dosłownie martwe. Mam ich kilka, ale zawsze do głowy pierwsza przychodzi mi Linctavia. Tworzyli trochę taki team nie podchodź bo cię pobijemy. Właściwie dla nich zaczęłam oglądać "The 100" i pozostali moimi ulubionymi postaciami. Lincoln stworzył Octavię wojowniczkę, spokojną, odważną. Kiedy straciła Lincolna, straciła równowagę i panowanie nad sobą i to był najbardziej łamiący serce moment w tym serialu, naprawdę (konkuruje z nim tylko John błagający o życie Emori, spojler). Żadna z postaci tak bardzo nie zasłużyła na dobre zakończenie jak Lincoln.

3. Coś, co wszyscy shipują, a ja nie
Internet bardzo lubi ładne homoshipy i to dzięki Evakowi "Skam" stało się popularne poza Norwegią na wysokości trzeciego sezonu. Ja też usłyszałam o "Skam" przez Evana i Isaka i pomyślałam sobie, że ten ship musi być dobry. Oglądałam ich wycięte sceny i stwierdziłam, że muszę to zobaczyć. Zobaczyłam. Byłam zawiedziona sezonem Isaka. Każdy sezon bierze na pulpit inną postać, Isak pełnił rolę głównego bohatera w trzecim i wypadł słabiutko. Jego postać jest bardzo sympatyczna ale Tarjei jest w moim wieku i nie jest zbyt wybitnym aktorem i wypadł tak... niewyraźnie. Bez charakteru. Odebrało mi to przyjemność oglądania. Zwykle ludzie odpowiadają mi na taką wypowiedź czymś w stylu "Ale trzeci sezon i sam Evak porusza ważne kwestie związane z chorobami psychicznymi". "Skam" ogólnie porusza ważne kwestie i zwracam im za to honor, ale jeśli chodzi o sytuację w stylu "gejowski ship i bipolarność", to widziałam to już w "Shameless", lepiej zagrane, bardziej emocjonalnie przedstawione. Evak kompletnie mnie nie rusza.   

4. Coś, co shipuję, a reszta świata nie za bardzo
Nie oceniajcie mnie, ale Hansanna to moje disneyowskie OTP. Nie wiem dlaczego, tak wyszło, ten ship mnie wezwał. Jestem w Hans Defensive Squad i shipuję Hansannę. I to tyle.

5. OTP, któremu zejście się zajęło za długo
STYDIA. Sześć sezonów (przy czym w pierwszym Stiles przyznał, że jest zakochany w Lydii), czyli jakieś cztery lata, przy czym oboje wdawali się w jakieś inne relacje romantyczne w tym czasie. Ale hej! Stiles powiedział, że kochał ją ten cały czas. Najważniejsze w tym shipie, przynajmniej moim zdaniem, jest to, że ich relacja jest oparta na gruntownej, wieloletniej przyjaźni. No i są mega kochani, dwójka nieporadnych nerdów.
Przy czym jestem dumna z rozwoju postaci Lydii, Jeff kompletnie zmienił jej koncept. Na początku miała wpasowywać się w schemat typowej Queen Bee z licealnego korytarza, niezbyt mądrej laleczki, przynajmniej tak się zapowiadała. A okazała się niesamowicie inteligentna, dobra i lojalna jako przyjaciółka.

6. OTP, co shipowałam w książce, a w ekranizacji już nie
Clace to chyba był mój pierwszy ksiażkowy OTP. Z "Darami Anioła" mam bardzo dużo wspomnień i wiem, że to nie jest jakaś wybitna książka, ale traktuję ją sentymentalnie. Lubię film. A przynajmniej lubię Clace w filmie, kocham Jamiego i Lily. Jeśli chodzi o serial... To raczej niskobudżetowa produkcja, typowe paranormal romance i dzieje się tam o wiele ciekawszych rzeczy niż słabo zagrane Clace.

7. BROTP
Gdybym miała wybrać jeden najlepszy i najbliższy memu sercu serial, byłoby to "Black Sails". W pewnym sensie to prequel "Wyspy Skarbów", a z drugiej strony opowiada historię piractwa i kształtowania się Nowego Świata. Przekazywane idee, rozbudowane postaci, monologi... To wszystko trafiało do mojego serca.
Mamy tam na nowo opowiedzianą historię Johna Longa Silvera i Jamesa Flinta. Od niechęci i akceptowania swojego towarzystwa przeszli do prawdziwej, szczerej przyjaźni, funkcjonowali jak jeden umysł, ich więź była tak fascynująca... Flint w pierwszym sezonie powiedział, że jedyne, czego pragnie to opuścić morze i znaleźć spokojne miejsce w spokojnym świecie. I Silver mu to zapewnił. Wiedział, że Kapitan Flint narodził się ze frustracji i nienawiści i wiedział, jak ją ukoić i przez to odwrócić wojnę, jak ułożyć Nowy Świat.

8. OTP, które z biegiem czasu się zepsuło
W "Once upon a time" postaci odpowiadają bohaterom disneyowskich bajek. Piękna i Bestia zawsze byli moim dinseyowskim OTP i stali się też OTP w serialu. Problem polega na tym, że Ouat straciło poziom i powinno zostać zakończone po czwartym sezonie. Rzuciłam ten serial po sezonie 5A. Od samego początku Rumble był typową złą postacią, która walczyła ze swoją naturą i chciał stać się lepszy dla Belli, ale bał się utraty mocy, czuł się bez niej nic nie wart. Byłam dogłębnie wzruszona rozwojem czwartego sezonu. Tak, udało mu się, osiągnął to, pozbył się mroku. I nagle wszystko trafił szlag, a cały rozwój jego postaci został cofnięty do pierwszego sezonu, jakby praca nad jego charakterem była nic nie warta. Oszukał też Bellę w haniebny sposób, znowu. Poczułam się wręcz urażona końcem sezonu 5A. I wtedy powiedziałam "papa Ouat"!

9. Ship, po którym spodziewałam się więcej
Ostatnio w internecie był mega wybuch na "Riverdale". Serial zapowiadał się supee, ale z odcinka na odcinek wydaje się coraz bardziej typowy. Podobnie jest z Bughead. Nadal to shipuję, wpasowuje się w mój ulubiony schemat - pogmatwany, w gruncie rzeczy dobry chłopiec z problemami i dziewczyna z idealnym życiem pod linijkę. Tylko że ten ship, jak i cały serial i wszystkie relacje w nim, rozwinął się za szybko i mam przez to niedosyt. Bughead nie dostał bazy pod swoją relację, nie jestem pewna na czym został on zbudowany. A zachowują się jak związek z wieloletnim stażem. W ciągu dziewięciu odcinków zaprzyjaźnili się, założyli gazetkę, zakochali i zostali doświadczoną, wspierającą się parą. Okej. 

10. Domestic OTP
Domestic ship to po prostu para, która mieszka razem. Zwykle jest to równoznaczne z ustabilizowanym, miłym i spokojnym związkiem. A z tym kojarzą i się tylko Kurt i Blaine, którzy przez całe "Glee", przez te wszystkie lata, które ten serial obejmował byli razem (wypychamy z pamięci sezon czwarty), zawsze gotowi wspierać siebie i swoich przyjaciół. Spokojny, miły ship.

sześć seriali na kwiecień

Jeśli chodzi o kwiecień, to okazał się on hojniejszy niż się spodziewałam. Dużo powrotów z wiosennymi sezonami, dużo nowych seriali i wśród nich znalazłam sześć, które wydają się godne uwagi.
Przykro mi, że trzy z nich wypuszcza Netflix. Zawsze się stresuję tym, że wychodzi cały sezon na raz i z jednej strony czekałam na premierę i mam ochotę to obejrzeć, ale nie mogę poświecić z marszu dwunastu godzin na oglądanie w roku szkolnym, chociaż bardzo bym chciała. Dlatego będzie pewnie jak ze "Snatch" i "Serią niefortunnych zdarzeń" - zaczęłam długo po premierze...
No nieważne. Prezentuję seriale!

13 Reasons Why 31.03-01.04 
O tym chyba słyszał już każdy, kto śledzi premiery. Serial wychodzi właśnie teraz, ale to Netlfix, więc przez całą noc wszystkie odcinki będą wypuszczane po kolei, a że nie mam Netflixa, zacznę to sobie dopiero jutro w internecie. 
Serial na podstawie książki o tym samym tytule. Główny bohater dwa tygodnie po śmierci koleżanki z klasy znajduję przed drzwiami paczkę z taśmami magnetofonowymi. Nagrała je Hannah. Wyjaśnia, dlaczego posunęła się do tak drastycznego kroku. Chłopak był jednym z powodów. Poznaje dziewczynę i jej lęki i przewartościowuje pewne sprawy. 
Z jednej strony boję się, że zrobią z tego przeciętny serial, którego akcja dzieje się tylko w liceum na stołówce. Z drugiej jednak liczę na coś głębszego. Zobaczymy. 

Guerrilla 13.04
Historia miłosna na tle jednych z najbardziej wybuchowych wydarzeń politycznych w historii Anglii. "Guerrilla" opowiada historię aktywnej politycznie pary, której siła charakteru i wartości zostają wystawione na próbę po tym, jak uwalniają więźnia politycznego i tworzą radykalną podziemną komórkę w latach 70. w Londynie. 
Serial wydaje się fascynujący, a dwójka głównych aktorów świetna. 

Genius 26.04
Serial o Einsteinie - nie tylko jego dokonaniach, ale i o jego życiu, które, muszę przyznać, zawsze schodziło na dalszy plan we wszystkich materiałach o Einsteinie które oglądałam. Nie wiem w jakim stopniu wiarygodnie będzie on oddany jako osoba prywatna, ale to National Geographic, więc myślę, że będą trzymać się faktów. Chociaż szczerze mówiąc, do dziś nie wiedziałam, że National Geographic wypuszcza seriale... 

Cable Girls 28.04
Albo inaczej "Las chicas del cable". Serial opowiada o życiu służbowym i prywatnym czterech różnych kobiet, które zostały zatrudnione do obsługiwania linii telefonicznych. Szczerze mówiąc, niewiele o tym serialu wiem. Akcja dzieje się w latach dwudziestych, więc klimat będzie cudowny. Temat nietypowy. Jeszcze nie spotkałam się z serialem o kobietach obsługujących stare linie telefoniczne.  

Dear White People 28.04
Zainteresowałam się tym serialem głównie przez rasistowską burzę jaka rozpętała się w komentarzach. Proszę, spójrzcie na stosunek lajków czy czegoś tam pod zwiastunek. Teoretycznie serial jest o czarnej dziewczynie, która po imprezie studenckiej o rasistowskim wydźwięku wygłasza kontrowersyjną mowę w radiu czy tam radiowęźle... Tylko że sam ten trailer powiela stereotypy rasowe o typowych białych Amerykanach. To w końcu ma być serial przeciwko stereotypom i rasizmowi czy te terminy działają tylko w przypadku people of colors? 
Może trailer jest po prostu mylący, albo to serial nie ma jakiegoś zaskakująco wysokiego poziomu i po prostu wkurzył komentujących. Nie wiem, ale będę kontrolować dramę - czyli obejrzę i ocenię sama.  

American Gods 30.04
Tę produkcję śledzę od samego początku. W postać głównego bohatera wcieli się Ricky Whittle, którego uwielbiam jeszcze z czasów "the 100". Starz też dobrze mi się kojarzy, chociaż oglądałam od nich tylko jeden serial ("Black Sails") to jest to jeden z moich ulubionych seriali. "American Gods" jest bazowane na powieści Neila Gaimana o tym samym tytule (mam trzydzieści dni żeby ją przeczytać i zdążyć przed serialem!). 
po trzech latach odsiadki Shadow Moon ma wyjść na wolność, niedługo przed tym jego żona ginie w wypadku samochodowym. Shadow Moon po powrocie do domu spotyka w nim nieoczekiwanego gościa, Pana Wednesdaya, który zabiera go w podróż po Stanach i wplątuję w wojnę miedzy starymi i nowymi bogami oraz wartościami, jakie symbolizują. 

Będziecie oglądać któryś z tych seriali? Jeśli macie swoich kwietniowych faworytów, możecie mi podesłać tytuły, seriali nigdy za wiele. Swoja droga, przepraszam, że używam ciągle "people of colors" ale nie umiem tego zgrabnie przetłumaczyć, by oddać ideę wyrażenia. 


rozgrzeszenie Shadowhunters


Były czasy, kiedy bardzo psiaczyłam na ten serial. Wspominałam już na Kocich Wąsach, że "Dary Anioła" maja specjalne miejsce w moim serduszku i ogólnie mam do nich duży sentyment, więc jestem w stanie przymknąć oko na wszystkie przesłodzone sytuacje albo niedociągnięcia w książce.
Kiedy mniej więcej rok temu wyszło "Shadowhunters", napisałam na Kocich Wąsach negatywną opinię. Pół roku później ją usunęłam. A teraz idę w drugą stronę.

Nie zrozumcie mnie źle, serial nie jest jakiś niesamowity i głęboki, to proste paranormal romance. Całkiem przyzwoite jak na ten gatunek. I pamiętajcie, że to dopiero pierwsze dwa sezony, a poziom miedzy nimi to niebo ziemia, serio. Byłam tak zawiedziona, gdy zobaczyłam pierwsze kilak odcinków, że musiałam pluć jadem na blogu.  Drugim sezonem jestem zadowolona. Do pierwszego sezonu "Teen Wolf" podchodziłam kilka razy, był o k r o p n y. Ale z sezonu na sezon było lepiej i teraz szósty, ostatni, łamie mi serce na każdym kroku i nie wstyd mi go polecać. Taką samą przyszłość wróżę "Shadowhunters".

Po pierwsze gra aktorska. Krzywiłam się cały czas, kiedy Katherine McNamara odgrywała najbardziej nierealistyczne upadki, jakie widziałam i chodziła ciągle z pół uchylonymi ustami. Lily w filmowej wersji "Darów" też jakoś specjalnie się nie popisała, ale przynajmniej była wiarygodna. Tak samo Jamie Campbell Bower. Uwielbiam tego człowieka. Jako aktora, modela, muzyka. Zastąpienie go w serialu Dominicem uważałam wręcz za degradację postaci. Reszta jak reszta, ale byłam pewna, że Dom i Kath będą mi psuć cały serial, a grają przecież moje OTP. Masakra. A teraz, po drugim sezonie, muszę przyznać, że ta dwójka najbardziej się wrobiła. Serio, jest dobrze w porównaniu z początkiem. Rozpracowali swoją gamę emocji i potrafią wykonywać naturalne ruchy przed kamerą. idziemy w dobrą stronę!

Efekty specjalne też wyszły na plus w drugim sezonie. Wymieniono ekipę za nie odpowiedzialną. Nie mogłam znieść tych żelowych bram i serafickich ostrzy, które wyglądały jak zabawkowe miecze Jedi. Plus runy były za duże i wyglądały jak blizny i tu rozumiem, każdy może mieć własnie wyobrażenie. Dla mnie zawsze były to pełne gracji zawijasy przypominające tatuaże z henny. Runy w drugim sezonie nadal są za duże, ale przynajmniej wyglądają lepiej graficznie.

Serial różni się od książki, ma punkty wspólne i rozbieżne. Ale, szczerze mówiąc, nie chciałabym oglądać czegoś, co już znam słowo w słowo. To nie byłoby tak interesujące. A w takiej wersji jaką dostaliśmy, relacje postaci nadal są intrygujące. Nie wierzyłam, że to kiedyś powiem, ale one naprawdę wyszły dobrze. A jak poczytałam sobie o nich analizy na tumblrze to już w ogóle. 

Dobra, tylko ja czytam analizy scen z serialu na tumblrze. Ale ogólnie drugi sezon serio wyszedł dobrze na tle pierwszego. Czekam na sezon 2B, zapominam o pierwszym i cieszę się tym, co mamy teraz i miłą, otwartą na fanów obsadą (tak, to też jest dla mnie duży plus, ale nie wszystkich to interesuje, więc nie wspomniałam o tym wyżej).

Zdjęcia z porównaniami wzięłam z grupy Serialomaniak na facebooku. 



Dwanaście książek na dwanaście miesięcy


Styczeń - "Mara Dyer"
Styczeń to trochę depresyjny miesiąc. Wraca się do szkoły, wszystkiego ma się dość, jest błotnisto i zimno, i ten chłód czuje się w duszy. Dlatego, przynajmniej dla mnie, to czas na trochę mroczną książkę. A jeśli nie ma się ferii - na mroczne paranormal romance, bo to trochę lżejsza literatura zwykle, ale nadal tajemnicza. A moje ulubione paranormal romance to "Mara Dyer". Książka zagadkowa i całkiem dobrze napisana. I dla mnie ogromnym plusem jest wykorzystanie motywu archetypów.

Luty - "Eleonora i Park"
Luty rymuje się z walentynki! Plus to trochę depresyjna odwilż po styczniu. Więc uno: książka miła i lekka, i dos: romantyczna. "Eleonora i Park" to nie jest najbardziej górnolotna historia jaką czytałam, ale jest zdecydowanie miła. A luty to czas na po prostu miłą książkę.

Marzec - "Alicja w krainie czarów"
MARCOWY ZAJĄC. To był mój główny argument do wybrania tej książki, przepraszam. Szczerze mówiąc to teraz mamy marzec, a ja mam tyle nauki ile nie miałam w całym moim życiu i myślę, że niedługo trafi mnie szlag przez to. Nie mam czasu przeczytać w ogóle lektury, a tym bardziej jakiejś innej książki dla przyjemności. Więc no, marzec nie rymuje się z czytaniem. Dziękuję.

Kwiecień - "Duma i Uprzedzenie"
Ciężko mi skonkretyzować dlaczego tak. Może dlatego, że w kwietniu wszystko się już budzi, dni stają się dłuższe, a życie przyjemniejsze. I ta książka jest przyjemna. Bale, powściągliwe romanse i blade uśmiechy kojarzą mi się z kwietniem.

Maj - "Dwór Cierni i Róż"
Akcja "Dworu Cierni i Róż" toczy się na Dworze Wiosny, w którym panuje... no, wieczna wiosna. Główna bohaterka pływa w jeziorze, maluje w kwiecistych ogrodach, jej przyjaciele jeżdżą na polowania. Dwór Wiosny jest Dworem Majowym i nikt mi nie wmówi, że nie.

Czerwiec - "Król Kruków"
"Król Kruków" to jedna z moich ukochanych książek, aż dziwne że nigdy jeszcze tu o niej nie mówiłam. Jest tajemnicza i naprawdę świetnie napisana, a relacje między postaciami to złoto. Jeśli miałabym uprościć fabułę, to główni bohaterowie po prostu starają się pogodzić badanie starożytnych linii mocy, szukanie grobowca walijskiego króla i zaliczenia z łaciny (same moi drodzy, czuję wasz ból z łaciną). Są jedna nogą w szkole, a drugą w magicznym lesie, przynajmniej w pierwszej części. I w sumie (metaforycznie) tak będzie wyglądał mój czerwiec.

Lipiec - "Aż po horyzont"
W trakcie wakacji główna bohaterka ma po prostu sfinalizować kwestię przeprowadzki z jednego wybrzeża Ameryki na drugie, a całkiem spontanicznie jej przejazd zmienia się w niezorganizowaną podróż.

Sierpień - "Lato drugiej szansy"
Również wakacyjna powieść, ale w porównaniu z "Latem drugiej szansy" bardziej statyczna. Tutaj mamy do czynienia z podrożą w głąb siebie i przebaczeniem. Pisałam o niej przy okazji okropnych okładek (tu!), bo chociaż okładki i "Lata drugiej szansy" i "Aż po horyzont" sugerują oklepane powieści ya, książki są naprawdę miłe i wyśrodkowane, nie do końca poważne, nie do końca niewymagające.

Wrzesień - "Byliśmy łgarzami"
Książka tajemnicza i równocześnie lekka. Ha, jak już pewnie zauważyliście określenie "lekka i miła książka" wkrada mi się często, ale to po prostu mój typ. Akcja dzieje się po pierwsze na wyspie, a po drugie w wakacje, ale wrzesień to jeszcze klimat post-wakacyjny. Nie dajcie się zwieść pozorom, jakie tworzy ta książka. Bla bla, zagubiona okłamywana przez rodzinę nastolatka. W połowie następuje szokujący przełom, który sprawia, że wszystkie drobne elementy nabierają sensu. A czytelnik płacze.

Październik - "Cyrk Nocy"
"Cyrk Nocy" jest magiczny. Niesamowita, działająca na wyobraźnię książka o wieloletnim pojedynku anonimowych magów uwięzionych przez tę konkurencję. Areną jest cyrk. Najbardziej niesamowity cyrk jaki możecie sobie wyobrazić, który pojawia się i znika, a otwiera tylko w nocy.

Listopad - "Koralina"
Listopad jest depresyjny, przygnębiający i trochę przerażający. Tak jak "Koralina". Dlaczego ktokolwiek kiedykolwiek nazwał "Koralinę" książką dla dzieci? Bałam się to czytać jak miałam sześć lat i teraz jak mam szesnaście też się boję.

Grudzień - "Will Gryson Will Gryson"
Grudzień aż się prosi o książkę o świętach. Niespodzianka! Grudzień to nie tylko święta, ale samo poczucie radości i spokoju, które się z nimi wiążę. A z radością i spokojem kojarzy mi się ta powieść. "Will Gryson Will Gryson" to moja ulubiona książka Johna Greena, którego styl w tym wypadku świetnie koliduje ze stylem Davida Levithana. Akcja powieści dzieje się w zimowych Chicago, ale mało jest w niej zimy, a dużo przyjaźni i pozytywnej energii.

Post krótki, przepraszam was za to, ale ekhm, punkt marzec </3 Autorką tagu jest Ann, a zdjęcie mam z tego tumblra. Macie jakieś swoje książki kojarzące się z danym miesiącem? Szczerze mówiąc, kilka z wymienionych musiałam wymyślić, ale mam sporo typowo listopadowych książek. Żal, smutek, przygnębienie i tak dalej.

Prestiż Oscarów

Oscary. Każdy mniej lub bardziej się nimi interesuje, wiadomo, prestiżowa sprawa. Ja zwykle interesuję się mniej. Powód jest bardzo prosty, oglądam mało filmów. W wolnym czasie robię raczej maratony serialowe, a filmy rzadko oglądam poza kinem. Patrzę na nie bardziej pod kątem aktorów niż filmów. W tym roku było trochę tak, ale trochę nie tak. Jako że się bardziej zaangażowałam, chcę wam o tym opowiedzieć.
Będę mówić o konkretnych produkcjach i mam nadzieję, że je akurat kojarzycie. Jakby co, podlinkuję zwiastuny i źródła. Lecimy!

Po pierwsze animacja. To akurat sprawdzam co roku, bo jedyne filmy długometrażowe,z którymi jestem trochę bardziej obcykana, to te animowane. Głównie z Disneyem, resztę nie zawsze mi się chce. Ale to Disney przejął Oscary jeśli chodzi o animację, więc... Szczerze mówiąc, było mi obojętne, czy wygra Zwierzogród czy Moana, wygrał Zwierzogród, co jest swoją droga bardzo "oscarową" rzeczą. Poruszał kwestie segregacji rasowej i dobrze, że to doceniono.
Właściwie nie brałam pod uwagę żadnych innych animacji, bo przez ostatnie dziesięć lat Disney nie wygrał tylko raz, wygrało Rango (cholera wie, czyje ono jest, Nickelodeonu?). Ale w tamtym roku Disney wypuścił tylko Chatkę Kubusia Puchatka, a Disney Pixar nic. Więc biorąc pod uwagę, że 20% sędziów przyznało się, że nie sprawdza w ogóle nominowanych animacji, Disney stał się chyba zasadą. Dodam jeszcze, że od 2003 roku nie wygrała żadna nie amerykańska animacja. W 2015 roku były nominowana świetna animacja Japońska, Księżniczka Kaguya. I przegrała z Wielką Szóstką. I byłam zawiedziona. Jak wytresować smoka i Księżniczka Kaguya zasłużyły wtedy bardziej (proszę na mnie nie krzyczeć, moje zdanie. Wiem, że bardzo dużo osób uwielbia Wielką Szóstkę)
Jeśli chodzi o Moanę, trzymałam za nią kciuki w kategorii muzycznej. Nie wiem czy kojarzycie Hamiltona. W ostatnim roku bardzo głośny musical na Brodwayu. Jego twórca (Lin-Manuel Miranda), który grał też Hamiltona, skomponował muzykę i napisał słowa do piosenek z Moany. Może nie były one lepsze od tych z La La Landu, ale ten był nominowany w prawie każdej innej kategorii, więc przez sentyment do Hamiltona i do Mirandy trzymałam się Moany.

Jeśli chodzi o La La Land, już wam o tym ględziłam (tutaj). Kocham ten film, kocham muzykę. Historia nie była zbyt oryginalna, ale była zaprezentowana w cudowny sposób i chyba na tym polega ten film. Znana historia w nowej odsłonie. Strasznie mnie zirytowało, że w internecie najpierw było wielkie Bum! na ten film, że jest olśniewający, wspaniały, piękny, a teraz jedyne opinie jakie widzę, to że jest przeciętny, przewidywalny, wcale nie taki dobry. Internet często odwraca się od tego, czym na samym początku się zachwyca. Czuję się jak jedyna osoba na świecie, która cieszy się, że La La Land dostał te swoje statuetki.
Wracając do gali i La La Landu. To, że Chazelle wygra Oscara dla najlepszego reżysera było oczywiste. Tak samo jak Oscar za zdjęcia całego filmu. Emma Stone dostałą Oscara, co jest świetną sprawą bo sobie oczywiście zasłużyła, ale bardzo liczyłam na Goslinga. Zawsze mi przykro, kiedy tylko jeden z aktorów, których postacie się uzupełniają w filmie zostaje wynagrodzony. Nie widziałam Menchester by te sea, więc nie wiem jak spisał się Cassey Afleak, który własnie wgrał w kategorii na najlepszego aktora pierwszoplanowego. 

No i w końcu osoba, za którą trzymałam kciuki najbardziej. Moje oczekiwania co do Moany, La La Landu czy czegokolwiek innego są niczym przy tam jak bardzo chciałam, żeby Viola Davis dostała Oscara. Uwielbiam ją jako aktorkę, jako osobę publiczną i uwielbiam Fences i bardzo się cieszę, że jej rola w tym filmie została doceniona.

W sumie to by było na tyle, chciałam podzielić się emocjami. Widziałam jeszcze Arrival (nie do końca) i Boską Florence, Legion SamobójcówŁotra 1. i Księgę Dżungli, ale miałam do ich nominacji i wygranych neutralny stosunek. Wybierałam się też na Moonlight, ale nie trafiłam Jednak do kina,, ale muszę to nadrobić. Mój numer jeden na liście do obejrzenia aktualnie.


Koniec o samej gali, teraz druga część posta dotycząca zachowania niektórych osób.
Nie oglądałam gali, chociaż bardzo chciałam, więc zaplanowałam sobie czterdzieści minut drogi do szkoły na Tumblrze. Moje źródło wszelkiej informacji numer jeden jeśli chodzi o wydarzenia kulturowe, polecam gorąco. Memy też mają zwykle pierwsi.
Wracając, zostałam wręcz uderzona tym, co tam zastałam. Bardzo dużo negatywnych komentarzy na tle rasowym. Najbardziej uderzył mnie ten załączony. I jeszcze jeden, którego nie zescreenowałam, ale wysyłałam przyjaciółce treść, więc przekopiuję. "Black lives matters" "All lives matters" shut up". I tego było więcej.
La La Land i Moonlight (z tego, co wywnioskowałam z tumblra, zwiastunu i recek, bo jak mówiłam, nie widziałam) były bardzo ochoczo porównywane przez to nieporozumienie z ogłoszeniem wyników. Wywołali nie tę ekipię i w połowie przemówień twórców La La Landu musieli im przerwać i ich odwołać, ogłaszając, że prawdziwym zwycięzcą jest Moonlight.
La La Land jest lekki, rytmiczny i ładnie zaprezentowany, historia o pogoni za marzeniami. Moonlight jest "cięższy" jeśli chodzi o tematykę. Segregacja rasowa, zakochany w innym chłopaku czarnoskóry młody człowiek. A jakie zestawienia widziałam? Że wszyscy przez chwilę się bali, że typowy biały film o ludziach, którzy tylko chcą być sławni i bogaci wygra z tak głębokim, wzruszającym filmem "about people of colors". Spłycenie La La Landu już samo po sobie mnie zirytowało. Jeśli ktoś go nie poczuł, nie zrozumiał i sprowadził do czegoś takiego, jego strata. Ale podkreślanie cały czas "biały" i "czarny" i wyższość tego drugiego w temacie okropnie mnie rozdrażniła. Dlaczego nikt nie współczuł tej obsadzie? Na pewno czuli się bardzo zażenowani i trochę zniesmaczeni, nie chciałabym, żeby ktokolwiek był na ich miejscu. I co za różnica, jakiego pochodzenia etnicznego byli aktorzy? Co to w ogóle za podział? "Biały film" "Czarny film" gówno prawda. Film o marzeniach i film o pragnieniu wolności, to tak. Oba były dobre i oba były też nieporównywalne w pewnym stopniu. Zestawianie ich nie do końca ma sens. Obie ekipy się napracowały, włożyły serce w tę pracę, obie miały oczekiwania co do tej gali i obie zasłużyły na swoje nagrody. Przez  p r a c ę. Nie kolor skóry. A jak czytam takie wpisy, jak ten zacytowany, niekoniecznie o Oscarach, ale ogólnie, (a nie zawsze to są takie krótkie dialogi, czasem wywody i rozprawki) to czuję się źle ze sobą i jestem zniesmaczona, a Tumblr to ta kolebka internetu, gdzie wszyscy wspierają wszelkie kwestie wolności osobistej i akceptacji siebie czy swojego pochodzenia. Pozornie, jak się okazuje.

Przepraszam za angielskie wtrącenia, nie umiałam z Tumblra tego ładnie przetłumaczyć. Zostało mi czterdzieści minut na dodanie ostatniego posta w tym miesiącu, a obiecałam sobie, że będą trzy miesięcznie.

Czy łacina się opłaca?

Jestem aktualnie w liceum na profilu klasycznym. To znaczy, że w ramach rozszerzeń humanistycznych zajmujemy się polskim i historią, a dodatkowo łaciną i kulturą antyczną. Kiedy wybierałam profil, jakieś milion osób powtarzało "łacina się nie przydaje!". Przydaje. Teoretycznie to język martwy, ale nadal wpływowy w naszej kulturze.
Ze strony praktycznej- na podstawie łaciny zbudowano włoski, hiszpański, portugalski i francuski. Poza tym, bardzo wiele innych języków (w tym polski) ma naloty z łaciny. Fundamentalny język aż do szesnastego wieku. W renesansie dopiero zaczęto doceniać języki narodowe i łacina straciła na wartości. Więc jeśli chodzi o bazę do nauki innych języków łacina się sprawdza. Plus mamy za sobą jakieś dwa tysiące lat spisanych po łacinie.

Dodatkowo to język nauki. Biologia, chemia? Łacina. Historia, lingwistyka? Łacina. Gdzie nie zajrzysz, tam łacina. Jestem prawie pewna, że nauka łaciny ułatwi mi studia, chociaż jeszcze nie wiem gdzie idę. Swoją drogą, słyszałam, że pierwszy rok prawa to w sporej części prawo starożytne i prawo rzymskie. Czyli też łacina.

Dobra, to wszystko wiemy. To były moje argumenty, dlaczego idę do tej klasy. Teraz bardziej zaskakujące fakty, które wyciągnęłam do tej pory.


Łacina bardzo systematyzuje czas. Serio, w życiu bym się tego nie spodziewała i nie jest to wina języka, ale bardziej łacinników, którzy zawsze powtarzają, że łacina wymaga regularnej pracy, utrwalania, powtarzania. Teraz mogę się pod to podpiąć. Uczy systematyczności. Nie da się uczyć łaciny na pół gwizdka. Albo się temu poświęcasz, wkuwasz deklinacje, końcówki, odmiany i inne szaleństwa, albo umierasz na testach, a w trakcie tłumaczenia tekstów w ogóle nie wiesz o czym mowa. A matura z łaciny opiera się na tłumaczeniach, więc powodzenia.



Druga rzecz, która jest ściśle powiązana z tym przedmiotem bardzo mnie osobiście bawi. Kiedy uczysz się jakiegokolwiek języka zaczynasz od podstaw takich jak "Nazywam się Agata. Ładna dziś pogoda. Świeci słońce. Lubię kolor niebieski. Jeden dwa trzy cztery" Uczę się łaciny od pół roku i potrafię powiedzieć jak mam na imię i skąd jestem. I opowiedzieć dzieje Eneasza w Kartaginie, przedstawić okoliczności śmierci Elissy, mówić o sporze Rzymian z Sabinami i tak dalej. Ale dobrze się bawię mimo wszystko.

Łacina robi wrażenie. Nie powinnam o tym mówić, bo to nie jest godny powód, żeby się jej uczyć. Nigdy nie lubiłam humanistów, którzy zadzierają nosa i czują się nadludźmi, bo rozumieją i znają sztukę, jakby to był jakiś przywilej. Mam trochę takich osób w klasie i są jak neon " patrz, masz kimś takim nigdy się nie stać". Dla nich łacina jest kolejną cegiełką w fundamencie ich wspaniałości i wyjątkowości. Można i tak. Mi po prostu miło, jak ktoś mówi "wow, uczysz się łaciny?" albo kiedy czytam książkę i pada jakieś tajemnicze łacińskie hasło, a główny bohater mówi "hmmm ciekawe co to za zagadka", a ja to wiem. Albo przynajmniej kojarzę. Zazwyczaj.

Kolejna miła rzecz. Internet ma swój półświatek łacinników i klasyków. Świetnie się bawię na Latin Student Problems albo pod hasztagiem #LinguaLatina na tumblrze. Miło wiedzieć, że jest jakaś grupa osób tak samo szurniętych. A inside jokes są wspaniałe. Plus znalazłam tekst to "Let it go" po łacinie. albo "Hellfire" z Dzwonnika z Notre Dame. To brzmi super, polecam.

HAHA kto się zaśmiał? 

To by było na tyle. Łacina jeszcze pewnie się na Kocich Wąsach pojawi. Nasza miłość to typowy angst, kocham ją, ale nie radzę sobie w tej relacji trochę. Ale do matury się ogarnę! 
Zdjęcia wygrzebałam z tumblra, wyglądają trochę nieestetycznie, mea culpa, więcej tak nie zrobię.


Za co kocham francuskie musicale

Zwykle jeśli chodzi o musicale sceniczne, pierwszym skojarzeniem jest Broadway. Lubię, doceniam, ale specjalne miejsce w moim sercu ma scena francuska. Zwykle krążyłam po internecie i jeśli coś było publikowane online, oglądałam. W tym roku będę miałam okazję zobaczyć na żywo dwa, w tym moje ukochane Notre Dame de Paris, więc okropnie się cieszę.

Ale wracając do tematu, przed wami lista rzeczy, które wyróżniają moim zdaniem francuskie musicale. Pojawi się kilka linków i byłabym wdzięczna, gdybyście do nich zajrzeli. Zwykle rzeczy, które linkuję to dodatek i nie są ściśle powiązane z treścią posta, ale w tym przypadku jest na odwrót.

1. Język
Nie każdy lubi francuski, ale dla mnie jest magiczny. Kocham ten język i bardzo chciałabym się go uczyć. Wzięło się to, nie ukrywam, od musicali. Ciężko mi to wyjaśnić, ale francuski wydaje mi się bardziej emocjonalny od angielskiego, bardziej wyrazisty. Weźmy chociaż La Monture z Notre Dame po francusku i po angielsku. Jestem przekonana bardziej do wersji francuskiej, ale myślę, że to kwestia gustu.

2. Taniec
Moja znajoma też uwielbia musical Romeo et Juliette, ale tak jak ja gloryfikuję francuski oryginał, ona za nim nie przepada i woli węgierską wersję. Jak dla mnie jest słaba. Porównywałyśmy dwie wersje głównej piosenki, Królów Świata (Les Rois Du Monde). I to co mnie uderzyło to taniec. We francuskich musicalach taniec jest bardzo ekspresyjny, kojarzy mi się ze współczesnym baletem. Nie widziałam tego na przykład na Broadwayu (ani w tej okropnej węgierskiej wersji, która z sentymentalnej, ekspresyjnej piosenki o wolności i młodości zrobiła jakieś wesołe brykanie).

3. Duety
To nie jest zasada, ale rzuca się w oczy. Większość piosenek w części musicali (np. w Mozart l'opera rock) to same duety i solówki. Nie żebym preferowała taką formę, ale to też coś innego. W Romeo et Juliette są tylko cztery utwory grupowe. To pozwala poznać wszystkie postaci i przyjrzeć się im z bliska. Poza tym daje pole do popisu aktorom. Dobra rzecz.

4. Dostępność
Za to po prostu kocham kocham kocham Francuzów. Prawie wszystkie musicale, a przynajmniej wszystkie opłacalne i popularne, wychodzą w wersji DVD. I potem ta wersja DVD jest w internecie w dobrej jakości. A ja ja oglądam i się cieszę i nie muszę piracko ściągać i bać się policji, jak w przypadku Hamiltona.

5. Obsada
Mogłabym się czepiać częstych recastów, gdybym naprawdę mogła oglądać musicale na Broadwayu. Ale i tak mi przykro. Tęsknię za pierwszą obsadą Hamiltona. Znaczy się, rozumiem, że na przykład Chicago trzyma się na Broadwayu od dwudziestu lat (od wznowienia, premiera była w latach siedemdziesiątych) i nikt nie chciałby dożywotnio utknąć w jednej roli, ale i tak ścisnęło mi się serduszko, kiedy na tegorocznych Tony Awards występowała osoba z obsady z 1996. I przykro mi, że nie mogłam stwierdzić stuprocentowo, czy to była Velma Kelly czy Roxie Hart.
W musicalach francuskich recaty nie są aż tak powszechnym zjawiskiem i super. W amerykańskich musicalach główna obsada zwykle zmienia się po roku, we francuskich zostaje do końca.

To składowe elementy, które udało mi się wyłonić. Francuskie musicale mają swojego ducha. Nie mogę się już doczekać, aż zobaczę Notre Dame i Mozart l'opera rock, mam nadzieję, że myśl twórców zostanie dobrze oddana. No i oczywiście bardzo wam wszystkim polecam te musicale!

Na koniec zostawiam wam moją ulubioną piosenkę z Notre Dame de Paris, kocham ją całym serduszkiem. 
Zdjęcie na górze znalazłam na tumblrze, to Mozart i Sailieri z Mozart l'opera rock. 

Spóźnione sto lat!


Mam ochotę otworzyć teraz okno i wykrzyczeć "MÓJ BLOG MA ROK! DAŁAM RADĘ!"
Ma dokładnie rok i jeden dzień, bo jakoś przez cały tydzień myślałam "Pamiętaj, że w czwartek Kocie Wąsy mają rocznicę" i akurat w piątek o tym zapomniałam. Bardzo w moim stylu.

Ale wow. Jestem pod wrażeniem. Siedzę w blogsferze od dawna, ale żadne mój blog nie wytrzymał dłużej niż rok. Nawet Kocie Wąsy 1.0, bo to, co czytacie, to Kocie Wąsy 2.0. Pierwsza wersja była naprawdę żałosna, ale myślę, że się troszkę wyrobiłam. I mam nadzieję, że za rok powiem to samo, bo grunt to robić postępy. Chciałabym również za rok powiedzieć, że ten blog nadal daje mi radość. Nie narzucam sobie zasad ani limitów, nie pilnuję się zbytnio i nie zwracam uwagi na ilość czytelników. Chce nadal pisać, bo lubię.
Dobra, to nie problem, jestem bardzo dobra w niestawianiu sobie wyzwań.

Nie będę pisać wywodów, tylko króciutko podziękuję tym, którzy są tu na stałe, to bardzo miłe i motywujące. Macie ode mnie wirtualnego buziaka! Mam nadzieję, że nie zawiodę.


La La Land

Mia (Emma Stone) pracuje jako niespełniona baristka i z uporem chodzi na kolejne castingi, gdzie za każdym razem odrzucają jej podanie. Sebastian (Ryan Gosling) grywa świąteczne numery w nudnych knajpach, podczas gdy wolałby ratować ducha starego jazzu. Ich cele wydają się nieosiągalne i zbyt odległe, a kolejne próby podejmują jakby dla zasady, żeby sprawiać pozory, że się nie poddają. Spotykają się kilkukrotnie, przypadkowo. Chociaż na początku nie pałają do siebie sympatią, dostrzegają, że są wstanie się wzajemnie  inspirować i motywować. Wiara i miłość wydają się wystarczające, by podbić Los Angeles i zabłysnąć. Problemy jednak zaczynają się piętrzyć, a główni bohaterowie gubią swoje priorytety.

Fabuła może nie jest specjalnie oryginalna. Romans dwóch marzycieli na tle przepychu Hollywood. To znana już historia opowiedziana w nowy sposób. Zachwyca i budzi silne emocje, a przecież to jest ważniejsze. Bardzo polubiłam Sebastiana, sposób w jaki mówi o jazzie jest naprawdę fascynujący. Ma w sobie ogromną miłość i pasję. W jego niepoukładanym, nieszczęśliwym życiu tylko jazz jest na swoim miejscu. Mia też jest dobrze wyważona, bardziej realistyczna. Sebastian namawia ją, żeby zamiast dopasowywać się do standardów producentów (którzy podczas przesłuchać bardziej interesują się swoją kanapką niż aktorkami) spróbowała napisać coś własnego. Monodramaty nie są zbyt dobrze odbierane, ale Mia, która zaczynała już wątpić w swoje przeznaczenie, dzięki namowom Sebastiana postanowiła spróbować.

Damiene Chazelle (reżyser i scenarzysta) idealnie połączył ducha dawnego Hollywood i klasycznych musicali ze światem współczesnym. Muzyka jest równie ważna co dialogi, zawiera się w niej historia i duże emocje. Pierwszy numer (Another Day of Sun) był bardzo, bardzo dobrym początkiem. Randomowi ludzie zaczęli śpiewać w samochodach, potem wyszli z nich i zaczęli tańczyć w korku. Wszystko wesołe i z rozmachem i tak absurdalne, jak to często bywa w musicalach.

Wizualnie "La La Land" jest bardzo estetyczny, byłam zachwycona kolorystyką, neonami, strojami, grą świateł. Zwraca uwagę i tworzy klimat. Genialnie uzupełnia się z muzyką. Nie mogłam oderwać oczy od ekranu, syciłam się kolorami i szczegółami, bojąc się, że jakiś mi umknie. Właściwie w tym filmie wszystko jest świetnie wyważone. Współpracownik Sebastiana w pewnym momencie powiedział, że jazz umiera, bo nie dopasowuje się do realiów danych czasów i trzeba go modyfikować. To właśnie Damiene Chazelle zrobił ze swoim musicalem. Zachował elementy i geniusz produkcji z lat sześćdziesiątych, otoczył to chwytliwą muzyką, wyważył między starym a aktualnym Hollywood i świetnie zaprezentował. Historia też jest słodko-gorzka. Marzenia się spełniają, ale nie można mieć wszystkiego.

Podpisuję się pod wszystkimi recenzentami, którzy wróżą "La La Landowi" Oscary. Zdecydowanie na to zasłużył. Ten film urzeka. Frustracja i upór bohaterów, ich krucha wiara, świetnie uchwycony duch jazzu, klimat dawnego musicalu i estetyka są po prostu powalające. Emma Stone i Ryan Gosling świetnie się spisali jako Mia i Sebastian. Nie wiem co jeszcze powiedzieć, żeby nic nie zaspojlerować i równocześnie zachęcić was do zobaczenia tego filmu. Sama niedługo wybieram się na niego ponownie.  

Na koniec zostawiam wam moją ulubioną piosenkę! 

rozgrzeszenie Wattpada


Jest masa stereotypów o Wattpadzie. Że publikuje się tam same słabe fanfiki, że to wszystko jest nierealne do poziomu głupoty, że piszą to naiwne nastolatki. Podpisuję się pod tym rękami i nogami, bo w sześćdziesięciu procentach to prawda. Siedzę na Wattpadzie od dawna i bardzo dużo tam widziałam. I tylko dlatego, że dokładnie go przewertowałam, stwierdzam, że mimo wszystko nie jest taki zły.
Jest jakaś sfera opowiada fantasy, w które się nie zbytnio zagłębiałam. Ludzie publikują też wiersze, ale raczej się o nich nie mówi.

Większość opowiadań jest o szarej myszce / królowej szkoły, która zakochuje się w idolu / nauczycielu / jakimś zdemoralizowanym chłopcu. Jest okropnie biedna / okropnie bogata i zawsze ma iphone'a. Chodzi na imprezy i w tłumie udaje kogoś innego i tylko jej wybranek serca wie, jaka jest naprawdę (oraz jej przyjaciel gej). Rodzice są zbędni w opowiadaniach, więc zawsze pracują i wylatują gdzieś służbowo / nie żyją, żeby główna bohaterka mogła spać u swojego chłopaka, oglądać z nim straszne filmy, a potem jeść naleśniki na śniadanie. (ogólnie nie je nic poza naleśnikami, jogurtami i jabłkami).
Część z tych rzeczy zgadza się z większością fanfików/opowiadań, które czytałam na Wattpadzie. To fakt, że niektóre opowiadania są do siebie rażąco podobnie, części bohaterek brakuje charakteru i zdarza się masa błędów logicznych. I co z tego.

Tam jest tak okropnie dużo opowiadań, pomysłów, wątków. Nie zawsze najlepsze są najpopularniejsze. Nie zawsze najciekawsze au jest rozchwytywane. Jeśli się jednak poszuka, każdy znajdzie tam coś dla siebie, serio. Czasem czytam jakieś wyjątkowo kreatywne albo zaskakująco dobrze napisane opowiadanie i zastanawiam się, dlaczego ono w ogóle jest na Wattpadzie, gdzie wszystko ma metkę "tandetne i naiwne".
 
Jest jedna zasadnicza różnica między Wattpadem a Bloggerem, Tumblrem czy jakimś forum. Wattpad nie zabija kreatywności. Serio, tam ludzie nie stawiają poprzeczki nie wiadomo jak wysoko, zazwyczaj cieszą ich urocze rzeczy, a na błędy przymykają oko. Czytałam kilka opowiadań jednej autorki z różnych okresów. Jej pierwsze opowiadania były trochę niezręczne, trochę niekonkretne, ale ludzie, którzy to czytali, motywowali autorkę. Jedno z jej ostatnich opowiadań należy aktualnie do moich ulubionych. (Wrócę do tego niżej). Co prawda, jeśli jest się zdeterminowanym żeby pisać, niezależnie od miejsca czy krytyki będzie się to robić. Często jednak potrzebna jest motywacja zewnętrzna.

Pamiętam swój debiut z opowiadaniami, które wstawiałam na jakieś forum. Wszystkie laski były tak złośliwe i wytykały mi każdy najmniejszy błąd, a całe komentarze to była głęboka analiza poczynań głównego bohatera i różne "ja bym to napisała tak i tak bo to zdanie brzmi dziwnie". Usunęłam opowiadanie natychmiastowo i dalej pisałam do folderu, po co mam się stresować. Moim zdaniem, jeśli treść jest zadowalająca, forma może być trochę koślawa. Zdarza się, nie wszyscy dążą do profesjonalizmu i nie koniecznie zamierzają zostać wielkimi literatami. Niektórzy piszą dla zabawy i Wattpad jest dobrym miejscem, jeśli chce się to publikować.

Drażnią mnie dwie rzeczy. Uno, na opowiadania zwykle mówi się tam "książki". Przepraszam, ale większości tych prac bardzo wiele brakuje do książek. Bardzo, bardzo wiele. Ukończony fanfik nie równa się książce. To tak, jakby listę zakupów nazwać wierszem. Z drugiej strony, jestem chyba jedyną osobą, która nie ma nic przeciwko wydawaniu fanfików. Zwykle polegają one na tym, że niektóre postacie mają jednakie imiona z jakimiś sławami, nic więcej. Cała praca jest wytworem tylko i wyłącznie autora i jeśli jest ktoś, kto chce to wydać i ktoś, kto chce to czytać, to chyba nic złego. (Nie mówię tu konkretnie o Afterze, najbardziej kojarzonym wydanym fanfiku. Główna bohaterka była głupią, szarą kościelną myszką, która bała się ludzi z tatuażami. Strasznie mnie ta historia irytowała.)

Dos. Widziałam trochę opek, które mogą urazić czyjąś wiarę lub poglądy polityczne, albo które są okropnie niesmaczne. "Miłość Hitlera z Żydem" "Czternaście dni z księdzem" i "O miłości cieplejszej niż piec - Hilter x Jezus" to moje flagowe przykłady w tym temacie. Fakt, że niektórych to bawi jest lekko druzgocący.
Kiedyś strasznie irytowały mnie też angielskie tytuły, nadal trochę irytują, ale na Wattpadzie często są to tytuły piosenek lub cytaty z nich, co z kolei ma odniesienie do wydarzeń lub postaci w fanfiku, więc to chyba usprawiedliwione.
Wattpad jest społecznością jak każda inna, sporo gównianych rzeczy, ale też sporo bardzo dobrych. Podsumowując, dla mnie ma więcej plusów niż minusów.
Większość opowiadań piszę dla siebie, okazjonalnie wrzucałam je na drugiego bloga, a teraz publikuję jedno dla zabawy na Wattpadzie, jako sympatyczny przerywnik do mojego głównego projektu. Dobrze się bawię z tym opowiadaniem, nie muszę się zbytnio nim stresować i to bardzo dobre doświadczenie.

Propos sympatyczniejszych prac, na koniec zostawię wam moje trzy ulubione.
Pretty face
Be my inspiration (to o tym mówiłam wyżej)
The ona that got away (to druga część Teenage Dirtbag, które jest całkiem sympatyczne, ale wyraźnie słabsze)

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka