plany na 2017


Bardzo bardzo lubię planować róże rzeczy. Nie ma zabawy bez ustalania, jak się ona potoczy. Dlatego mam tak dużo list wszystkiego i nie powiem, praktycznie każdy post na tym blogu to lista (mam nadzieję, że to się nie rzuca aż tak w oczy). Dzisiaj serwuję wam kolejną (co za niespodzianka). Na ten rok miałam sześć konkretnych planów, z czego cztery spełniłam, a dwa straciły dla mnie znaczenie. Czas postawić poprzeczkę trochę wyżej. Prawdopodobnie czym bardziej będziemy brnąć w 2017 rok, tym bardziej świadoma będę tego, że pewnie uda mi się połowa z tych rzeczy. Ale czym dłuższa lista, tym większa ta połowa, prawda?

1. Postanowienia związane ze szkołą
Dobra, tu jest jazda, bo moja zdawalność z przedmiotów ścisłych jest bardzo niepewna, szczególnie z fizyki. Więc muszę przebrnąć przez ten rok, a potem z górki. Ale moim priorytetem jest łacina, więc muszę się spiąć i przyłożyć do tego języka. Lingua Latina uber alles czy coś.
Dobra, nie jestem zabawna, koniec o szkole.

2. Postanowienia związane z blogiem 
Uroczyście przysięgam że będę dodawać trzy/cztery posty w miesiącu. Jeśli chodzi o opowiadania, co pół roku zostawiam coś na drugim blogu, żeby sobie wisiało i nie za bardzo zwracam na to uwagę, ale polubiłam Kocie Wąsy i są jedną z nielicznych rzeczy, o których myślę "muszę coś zrobić" i naprawdę się za to biorę. Z lepszym lub gorszym efektem, ale cały czas tu piszę. I mam zamiar pisać nadal. I muszę wyjść ze schematu list, ehh... 

3. Seriale 
Nie byłabym sobą, gdybym nie miała gdzieś wśród swoich priorytetów seriali.
W samym styczniu zaczyna się jakichś sześć premier wiosennych, plus w ciągu następnych paru miesięcy dochodzą mi kolejne trzy, więc papa życie społeczne. Chyba nie powinnam się cieszyć, że w lutym/marcu będę miała sześć/ siedem nowych odcinków tygodniowo, bo nie będę zajmować się niczym innym... Ale się cieszę.
Poza tym, chciałam w tym roku obejrzeć kilka(naście) nowych rzeczy. Sense8, Misfits, Superstore, The Crown, The Royals, White Colar, Miasteczko Twin Peaks. Into the badlands, Stitchers, Looking, Black Mirror. O, wypisałam jedenaście rzeczy. Jak znajdę dwunasty tytuł, to wyjdzie mi jeden nowy serial na miesiąc. Może to jest sposób żeby to uporządkować.

4. Książki
Podczas tej przerwy świątecznej robię sobie mały maraton czytelniczy i uświadomiłam sobie, jak bardzo mi tego brakowało. Przykro mi trochę, że nie mam czasu lub siły, żeby czytać tyle ile bym chciała. Na półce zalega mi co raz więcej książek, które chciałam przeczytać już teraz zaraz, a potem się okazuje, że jestem zajęta albo jak mam wolny czas, to nie mogę się skupić i włączam wtedy serial. Nie ustalam sobie żadnych granic, ale chciałabym czytać jak najwięcej.
Mam wrażenie, że trzeci i czwarty punkt ograniczą moje życie społeczne jeszcze bardziej.

5. Logiczne rozporządzanie pieniędzmi
Głównie chodzi o to, że w ciągu miesiąca wydaje ich bardzo dużo na jedzenie, a potem narzekam, że nie mam na nic innego. Koniec z tym! (haha, na pewno) Nie no, ale serio, chyba wyznaczę sobie w moim notesiku fragment na podsumowywanie wydatków z każdego miesiąca, żeby potem sobie pluć w brodę za niepotrzebne rzeczy, a w przyszłości ich unikać.

6. Obowiązkowy punkt na prawie każdej liście postanowień na przyszły rok - waga
To jeden z punktów, które miałam wśród swoich celów na 2016 rok, a które straciły dla mnie znaczenie. Zadałam sobie bardzo proste pytanie - z czego nie jestem w stanie zrezygnować? Makaron. Jestem stuprocentowo makaronowym człowiekiem, kocham makaron, to podstawa mojej diety, serio. Poza tym nienawidzę ćwiczyć na wfie, więc ostatecznie stwierdziłam, że nie będę jedną z tych osób, które narzekają na swój wygląd, a potem nic nie robią.
W te wakacje jednak jadę nad morze z naprawdę ślicznymi koleżankami, więc stwierdziłam, że w sumie mogłabym coś ze sobą zrobić, żeby czuć się okej w ich towarzystwie. Ale bez presji. Po prostu wprowadzę więcej owoców do swojej diety, ureguluję pory posiłków, jak będzie cieplej zacznę jeździć na rowerze i może miesiąc przed wyjazdem wrócę do swojej diety bez glutenu, nabiału i słodyczy. To brzmi okropnie, wiem, ale nieźle się na niej bawiłam w zeszłym roku, jadłam prawie same owoce, makaron gryczany i kaszki dla dzieci.

7. Wrocław
To jest ten rok, kiedy na pewno się tam wybiorę, słowo daję! Zbieram się od jakichś trzech lat, bo tam mieszka moja internetowa przyjaciółka, która u mnie była już jakieś pięć razy... Ale tym razem ja na pewno pojadę do niej, słowo!

screeny z filmu Hamizu

Świąteczny re-watch

Rzadko wracam do seriali/kreskówek, które już obejrzałam. Ewentualnie tylko do jednego ulubionego sezonu albo kiedy zmuszam przyjaciół do obejrzenia - albo kiedy robię rewatch świątecznych odcinków. Przed wami mój obowiązkowy tegoroczny seans przedświąteczny.

Glee
Świątecznych odcinków Glee powstało trzy. Każdy odcinek jest lekko wyrwany z ogólnej fabuły, a postacie planują świąteczny program telewizyjny, śpiewają dla ubogich czy wojują z Sue przebraną za Grincha. Tym jednak co zawsze trzymało Glee na wysokim poziomie była muzyka. Mam specjalną świąteczną playlistę złożoną tylko i wyłącznie z piosenek z Glee i nie wyłączam jej przez cały grudzień. Interpretacje tych utworów i często dopasowanie do fabuły zawsze robiły na mnie wrażenie i robią nadal. Nie chcę się zbytnio rozwodzić nad tym tematem, ale jakby kogoś interesowało ględzenie o piosenkach z Glee, to znajdziecie je tu.

Toradora
To chyba jedno z pierwszych anime, które widziałam i równocześnie jedno z moich ulubionych. Teoretycznie jest to typowe shojo, głupie perypetie licealistów bla bla bla. Gdzieś w okolicach świątecznego odcinak następuje jednak przełom i cała historia w naturalny sposób przechodzi w o wiele bardziej poważną i melancholijną. Chyba za to własnie kocham ten odcinek. Łączy w sobie radość i smutek - i ma super piosenkę, nie oszukujmy się. To chyba jedyna piosenka po japońsku, której (całkiem przypadkowo) nauczyłam się na pamięć. Poza tym halo, Ami i Taiga się nienawidziły i gdzieś w trakcie tego przejścia z lekkiej do smutnej historii zostały przyjaciółkami. Wierzę, że ten duet się do tego przyczynił.  

My Little Pony
Kucyki Pony to w sumie moje małe guilty pleasure, zawsze wstyd mi się przyznać, że to kocham - ale kocham. Widziałam całość jakieś pięć razy, nie żartuję. Propos świątecznych odcinków, jestem ogólnie ogromną fanką idei Wigilii Serdeczności. To własnie kucykowy odpowiednik świąt, ale ma troszeczkę inną genezę. 
Kiedyś trzy plemiona kucyków, kucyki ziemskie, jednorożce i pegazy były do siebie wrogo nastawione. Nie znały przyjaźni i harmonii które aktualnie rządzą Equestrią. Ich nienawiść sprowadziła na Equestrię wieczną zimę i w ostatniej chwili odkryli, że życzliwość i serdeczność są w stanie rozmrozić zamarzniętą krainę i lodowate serca. 
Odcinki stworzono trzy. Pierwszy (s02e11)przedstawia tradycję kucyków, które co roku wystawiają przedstawienie teatralne z powyżej przeze mnie opisaną legendą. Praktyczni cały odcinek to właśnie ten występ, który przybliża nam historię Equestrii. Drugi odcinek (s05e20) to już prawidłowa kucykowa historia. Rodzina Apple jedzie z Pinkie Pie na jej rodzinną farmę, by razem spędzić święta. Nie wszystko jest tak, jak planowali albo sobie wyobrażali i wynika wiele zgrzytów, komplikacji i kłótni. Ostatecznie z nieporozumienia wynika lekcja akceptacji (matko, przerzuciłam się na kucyowy żargon). Trzeci odcinek (s06e08) jest z najnowszego sezonu i szczerze mówiąc, długo na niego czekałam. To kucykowa wersja Opowieści Wigilijnej z cudowną oprawą muzyczną. (Say Goodbye to the Holiday!!!)

Miraculous 
Powiem wam, że to najgorszy odcinek specjalny jaki widziałam. Serio. Jestem tak okropnie i głęboko zawiedziona. Odcinki specjalne Miraculous miały być zapowiedzią przełomu drugiego sezonu. Wszyscy spodziewamy się rozwinięcia akcji, liniowej fabuły i troszkę poważniejszych sytuacji. Tymczasem pierwszy special  trzyma się schematu "haha ratujemy Paryż i jest zabawa!".  Singing voice Mari raczej mi się nie podoba i śmiałam się  na jej miłosnej balladzie do Adriena (Spojler?). Straciłam na to jakieś dwadzieścia minut życia. Tak, to trwało dwadzieścia minut, nie czterdzieści, jak zapowiadano. Jedyny plus jest taki, że tym razem Marinette podpisała się na prezencie dla Adriena. 

Skam
O Skam jeszcze nie pisałam na blogu, a to bardzo niedobrze, bo bez przeginania ten serial jest moim tlenem w grudniu. Na trzydzieści odcinków aż dwa (wow) są świąteczne, ale się liczy.
Ogólnie serial przypomina trochę Skins, tylko norweskie. Bla bla bla nastolatki, szkoła, problemy, typowe. Każdy sezon bierze na pulpit inną postać. Ale jest w tym jakiś geniusz, coś błyskotliwego. Serial jest mądry, szczegółowy i wciągający. Poza tym język norweski stał się moim nowym ulubionym językiem, serio (obok łacinki, francuskiego i niemieckiego). Zamiast "nie" mówię teraz gardłowe "nai".
Świąteczne odcinki (nie znalazłam z nich screena), to ostatnie odcinki pierwszego i trzeciego sezonu. Jest w nich jakaś refleksja, podsumowanie wszystkiego, co postać osiągnęła i wypracowała w ciągu pół roku. Taki nowy początek. Cały serial jest bardzo smutny i bardzo emocjonalny, prawie cały czas płakałam, ale takie zakończenia były bardzo dobre, dające w pewien sposób nadzieję. Jeśli szukacie jakiegoś serialu który jest a) zaskakujący, b) dobrze zrobiony c) niezbyt długi (trzy sezony po dziesięć odcinków po 25-35 minut) d) wciągający, to to musi być Skam. Uzależniłam się od tego serialu, serio.  Ogólnie trudno go znaleźć, więc jakby ktoś był chętny, to podrzucę linka. Pamiętacie mój zachwyt Eyewitness? Jak pragnęłam całej uwagi wszechświata dla tego serialu, bo na nią zasłużył? Teraz tak mam ze Skam. Oglądajcie Skam!

o Friends też miałam napisać, ale zapomniałam obejrzeć. 

To by było na tyle, przepraszam za to, że zniknęłam w grudniu. Przez cały miesiąc biłam się ze zdaniem z fizyki (mam jedynkę, haha) i z trzema świątecznymi postami, z czego opublikowałam tylko dwa, a ten tutaj to z ogromnym poślizgiem. Pięć produkcji, dziesięć świątecznych odcinków, które obejrzałam w tym miesiącu.
Publikuję właściwie w ostatniej chwili, bo jej, dzisiaj są już święta! Więc życzę wam wszystkim spokoju, odpoczynku, szczęścia i miłości i żeby śnieg spadł, bo trochę z nim ubogo. Motywacji i siły na nowy rok, powodzenia! 

Yuri on Ice - typowe nietypowe anime

Szybko streszczam fabułę. Yuri był łyżwiarzem, ale na Grand Prix zaliczył mega wtopę i  może się wydawać, że to koniec jego kariery. Umiera mu piesek, ambicje życiowe też umierają, więc smutny, zderpesjowany i obrośnięty tłuszczykiem wraca do domu. Praktycznie się już poddał. Uratował go przypadek. Jego przyjaciółka z dzieciństwa wrzuciła do internetu filmik, jak Yuri odwzorowywał układ swojego idola, Viktora Nikoforova. A co robi Viktor? Rzuca wszystko, pakuje torbę i swojego pudla i jedzie do Japonii, żeby zostać trenerem Yuriego i doprowadzić go do finału Grand Prix. 

Nie jestem otaku, po animce albo mangi sięgam okazjonalnie, zwykle jest to coś z gatunku shojo. Jeśli chodzi o Yuri on Ice, było na to ogromne bum w internecie. Na początku nie liczyłam na zbyt wiele, ale powiem wam, że produkcja mile mnie zaskoczyła. Cała fabuła kręci się wokół zawodów łyżwiarskich, co myślałam, że będzie nudne. Nie jest. Występy są przepiękne, nacechowane emocjonalnie i zwykle dany układ łączy się z historia występującego. Mamy taką czołówkę łyżwiarzy, około dziesiątkę, bliższych lub dalszych znajomych Viktora i Yuriego. Przy okazji ich spotkań na zawodach nakreślane są relacje. Czasem się troszeczkę gubię (Chris zlewa mi się z tym sympatyczny Czechem, a Mike z JJ'em), ale bardzo się cieszę, że ogólnie relacje są rozbudowane.

Jest kilka niedojrzałych, żałosnych elementów (ChrisChrisChris), ale nie chcę się o nich rozwodzić, bo jeszcze stwierdzicie, że nie warto oglądać Yuri on Ice, a warto. Po pierwsze, anime jest bardzo ładnie zrobione. Po drugie, relacja Yuriego i Viktora to złoto. Złoto. Z jednej strony to taka trochę karykatura typowego yaoi, częściowo wpasowują się w schematy, częściowo je łamią, ale pod całą warstwą komediową jest w tym coś smutnego. Odcinek szósty cały jest okropnie smutny (nie spojleruję, spokojnie). W Yuriego zawsze wierzyła tak naprawdę tylko jego rodzina, pogubił się trochę, a Viktor jest jedyną osobą, która naprawdę go rozpracowała. Zna jego możliwości lepiej niż on sam, poprowadził go w pewnym sensie w dobrą stronę. Stworzył Yuriego na lodzie. Pełne zrozumienie i zaufanie między tymi postaniami jest intrygujące i fakt, jak bardzo Yuri stara się nie zawieść Viktora, który rzucił karierę łyżwiarską, żeby go trenować, łamie mi serduszko. Niektóre elementy ich relacji są zbyt sugestywne, w sensie.. Błagam Yuri, przecież to jest stuprocentowo intencja romantyczna, a ty tego nie widzisz. Jeśli ostatecznie Yuri i Viktor nie będą parą, wcale mnie to nie zdziwi. Twórcy pogrywający z fanserwisem w sportowych animcach z wątkami yaoi to nic nowego. (Wspominałam kiedyś, że na ogół nie lubię sportowych animców?) Bardzo bym jednak chciała, żeby tym razem było inaczej. Ta relacja jest taka szczera i niewinna, po prostu bardzo urocza. Kibicuję im bardzo bardzo!

Od czasu Noragami i Ao Haru Ride nic mnie tak nie wciągnęło z animców, serio. Polecam gorąco, nawet jeśli nigdy nie oglądaliście japońskiej animacji. Yuri on Ice jest dobre na pierwsze anime, serio. Yuri on Ice ogólnie zawsze poprawia mi humor, jest pełne energii i zabawne, ale równocześnie proste. Po prostu miło oglądać.
Na koniec zostawiam opening, bo jest bardzo bardzo ładniutki.


Przepraszam, że mi ostatnio częstotliwość spadła, ale się kompletnie rozleniwiłam, teoretycznie mogę się też wykręcać szkołą. Od początku grudnia próbuję sklecić świąteczny post, ale mi nie idzie, więc go porzuciłam. Mam nadzieję, że tym razem nie znikam na tak długo.  

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka