NoNoWriMo - Inktober dla pisarzy


Pełna nazwa - National Novel Writing Month. A zaczyna się już jutro, czyli prawie dzisiaj, bo zostały cztery godziny do północy,czyli cztery godziny do pierwszego listopada, kiedy będę mogła zacząć pisać moją powieść!
Ale po kolei. Czym w ogóle jest NoNoWriMo?
Od pierwszego do trzydziestego listopada pisarze z całego świata (profesjonaliści czy amatorzy) porzucają wymówki, lenia, obowiązki i życie towarzyskie, siadają na pupie i zaczynają pisać powieść. Pewnie niewielu to się uda, ale chodzi o napisanie dokładnie pięćdziesięciu tysięcy słów. (A teraz przypomnijcie sobie zadania z lekcji angielskiego typu "napisz list do kolegi z Anglii na co najmniej trzysta słów". Pamiętacie, z jakim bólem wymyślało się głupoty, żeby się zmieścić w limicie słów?) Można założyć sobie konto na oficjalnej stronie wydarzenia , żeby na forum motywować się z innymi pisarzami, monitorować postępy i chyba (nie jestem pewna) zdobywać jakieś nagrody, ale z racji, że NoNoWriMo nie jest jeszcze zbyt znane w Polsce, biorę w tym udział tylko teoretycznie. Podłapuję ducha wydarzenia i piszę kiedy tylko mogę, ale bez logowania.
Podsumowując - NoNoWriMo to taki Inktober, ale dla pisarzy i moim zdaniem o wiele fajniejszy, ale to pewnie dlatego, że nie znam się na rysunku.

Jeśli chodzi o przygotowanie, mi osobiście zajęło cały październik. I to dosyć kluczowe, nie ma dobrej pracy bez dobrego rozplanowania. Nie każdy lubi planować na papierze, ale ogólnie polecam. Można sobie dopisywać w każdym momencie i forma jest bardzo przejrzysta. Jeśli masz kompletny plan wydarzeń, masz gruntowną bazę. Musisz tylko pisać od punktu do punktu, nic prostszego. Osobiście korzystam też z podręcznikowego wykresu. Rozpisuję po prostu co ma się konkretnie wydarzyć pomiędzy poszczególnymi punktami.



Warto się w to zaangażować, bo to naprawdę świetna inicjatywa i dobry motywator W zeszłym roku udało mi się napisać jedenaście tysięcy słów i równocześnie najdłuższe opowiadanie w moim życiu ( ponad trzydzieści stron w Wordzie). To fanfik powiązany z serią Percy'ego Jacksona, który jakiś czas temu opublikowałam na moim drugim blogu  pod tytułem "Pastwa ognia lub burz". W tym roku mam zamiar pójść o krok dalej. Będę pisać własna opowieść - o piratach. Nigdy nie zmieniałam czasu akcji i pisałam w teraźniejszości, ale czuję, że jestem dobrze przygotowana i że dam radę napisać co najmniej dwadzieścia tysięcy słów (małymi kroczkami, z roku na rok dojdę do pięćdziesięciu, zobaczycie!). Najprawdopodobniej, kiedy je skończę, również pojawi się na moim drugim blogu, a na razie trzymajcie za mnie kciuki! Zaczynam za cztery godziny!

ja za pięć lat



  1. Mieszkam w małym mieszkanku z którymś z moich przyjaciół.
  2. Mam dwa koty (Nerona oczywiście zabieram ze sobą od rodziców) i czerwonego pudelka. Kocham te stworki.
  3. Schudłam.
  4. I pozbyłam się trądu.
  5. Udało mi się zabrać wszystkie moje książki ze sobą (i zajmują pół mieszkania, ale to szczegół).
  6. Studiuję na MISHu na UW.
  7. Często podróżuję między miastami i zatrzymuję się na dzień/dwa u moich przyjaciół.
  8. Piszę książkę.
  9. Nauczyłam się bardzo dobrze gotować i jestem mistrzynią makaronu.
  10. Nadal piszę na Kocich Wąsach i przychodzi mi to z mniejszym bólem, niż w czasie liceum.
  11. Propos liceum, wspominam je bardzo dobrze.
  12. Zdałam maturę z łaciny. Nie byłam pewna, czy do niej przystąpię, ale w końcu to zrobiłam.
  13. Opanowałam całkiem przyzwoicie niemiecki (w końcu) i zapisałam się na kurs francuskiego.
  14. Widziałam Notre Dame na żywo. Brakuje mi słów, żeby wyrazić, jak bardzo kocham ten musical.
  15. Zwiedziłam gruntownie Włochy.
  16. I Grecję.
  17. Posługuję się łaciną cycerońską (nie tą średniowieczną, której uczyłam się w liceum).
  18. Byłam na wykopaliskach archeologicznych z moim profesorem od historii. 
  19. Nauczyłam się robić całkiem ładny makijaż. 
  20. I chodzić na szpilkach. 
  21. Wróciłam do Londynu i tym razem wydałam o wiele wiele więcej pieniędzy w Disney Store, a w samym Muzeum Brytyjskim spędziłam dwa dni. 
  22. Mam tatuaż. 
  23. Nauczyłam się śpiewać.
  24. Znalazłam w sobie miłość do sportu (w życiu bym nie podejrzewała)
  25. Realizuję się jako pisarka i humanistka, jako szczęśliwa osoba. 


kocia historia

Kocham koty. 
Kocham kocham kocham, to najcudowniejsze zwierzaki na świecie, puchate, kochane, piękne i wbrew temu co mówi sporo osób, lojalne. Rozumiem, dlaczego wiele osób woli psy. W jakiejś książce opisano proces asymilacji psa w społeczeństwie ludzi. Chodziło mniej więcej o to, że pies całkowicie się w nie wcielił i nauczył się żyć w symbiozie z człowiekiem oraz z grubsza się od niego uzależnił. Koty nigdy tego nie doświadczyły i nie potrzebują ludzi tak jak psy, są nadal niezależne i bardziej dzikie. Dlatego przyjaźń z kotami moim zdaniem jest niesamowita.

Wiele właścicieli kotów mówi, że żeby namówić na coś kota, trzeba mu udowodnić, że on tego chce. Dodam do tego jeszcze jedną żelazną zasadę: kot trzyma z tym, kto go karmi. Bezpośrednio przywiązuje się do tej osoby, która o niego dba i szybko o tym nie zapomina.

Dobra, piszę bardzo nie po kolei. Na ogół mówię, że zawsze kochałam koty i zawsze chciałam kotka mieć. Tak na prawdę przywiązałam się bardziej do kotów, kiedy umarła moja świnka morska (nie lubiła mnie, nazwałam ją Harry Potter, chociaż była dziewczynką) i kiedy dotarło do mnie, że miłość do koni zawsze będzie platoniczna, bo rodzice mnie na to nie zapiszą. Mniej więcej w tym czasie pojawił się Leon.

Na wieś do rodziny jeżdżę rzadko, bo nie lubię wsi. Jak miałam jakieś osiem lat, namówiłam ciocie na kotka i po prostu kiedy go odbierałyśmy, wiedziałam, że to moja nowa miłość. Był piękny, puszysty i po prostu wspaniały. Nadałam mu mało królewskie imię, czego do dziś żałuję, bo to królewski kot. Ogromny, puszysty, dumny i o takim typowym wrednym spojrzeniu. Praktycznie nie schodził mi z kolan przez całe wakacje i tylko dla mnie był "dobrym kotem" i po tych wszystkich latach nic się nie zmieniło. Chociaż przyjeżdżam raz na rok i to tylko na miesiąc, pamięta mnie, a kiedy przez pół nocy siedzę na ganku, bo jest noc spadających gwiazd, zawsze dotrzymuje mi towarzystwa.

Odkąd umarła Harry Potter, prosiłam o kotka. Aż w końcu hasło "żeby namówić na coś kota, trzeba mu udowodnić, że on tego chce" podsunęło mi cudowny pomysł. Musiałam udowodnić moim rodzicom że lubią zwierzęta. Bo lubią. Ale psy, oboje nie cierpią kotów. Delikatnie to sugerowałam i po prostu czasem pokazywałam im ogłoszenia o adopcji psów i jakoś przypadkowo już wybraliśmy psa do adopcji, ale moją mamę oświeciło, że pieski są bardzo uczuciowe i jak wszyscy wychodzimy z domu na dziewięć godzin to mu będzie bardzo smutno.

Okay, zmiana planów o 180 stopni, bierzemy kota. Ale: żadnych umów adopcyjnych, montowania siatek w oknach i na balkonie, wizyt przed i poadopcyjnych, ma umiec korzystać z kuwety i ma być odrobaczony, i sama płacę za jego wyposażenie.
Który warunek spełniłam? Ostatni. Swoją drogą, jeśli wydaje wam się, że kot jest tańszy od psa, mylicie się. Za wszystkie kompletnie niezbędne rzeczy zapłaciłam około dwieście pięćdziesiąt złotych (bez transportera). Ale znów tracę wątek.
Przez daw tygodnie przerzucałam ogłoszenia i w każdym były jakieś dziwne wymagania. Kilka kotków, które znalazłam z warunkami, których chciała moja mama, zwinięto mi sprzed nosa. Ostatecznie zdesperowana zapytałam o to na Facebooku (pozdrawiam grupę gif z tumblr, czegokolwiek nie szukacie/potrzebujecie, ludzie stamtąd zawsze wam to załatwią) i oczywiście kot się znalazł. Tylko że parę dni przed tym, jak chłopak miał mi go przywieźć, kociak złapał przeziębienie, więc dostałam go z pełnym zestawem leków do aplikowania.

Od tego momentu minęły trzy tygodnie i chociaż mój kochany Neron jest trochę bardziej pospolity, niż mi się wydawało, nie lubi siedzieć na rękach, raczej nie mruczy, chrapie, liże koce, budzi się, kiedy wszyscy idziemy spać i przez godzinę lata po domu jak zdziczały, wali w drzwi, sika ze stresu jak nikogo nie ma w domu, bo remontują blok, jest bardzo wybredny jeśli chodzi o jedzenie i ogólnie bardzo dużo je, co drugi dzień chodzimy do weterynarza i codziennie mamy około dwudziestu minut nienawiści, bo muszę podawać mu leki - to kocham go mocniutko. (woah jakie dzikie zdanie). Moment, kiedy sam do mnie przyszedł, położył mi się na stopach i zasnął wynagrodził mi całą irytację (irytację przez pranie czterech kompletów pościeli). Przez cały weekend tarzamy się po jednym łóżku i trącamy noskami i wiem, że spędzimy tak kolejnych dziesięć lat. To będzie dobre dziesięć lat.


Opposite Book Tag

Witam was w kolejnym  zapychaczu Tagu na tym blogu.  Każdy blogger stara się chyba nie robić ich zbyt często, ale Ala (już zbyt dużo o niej tu piszę) podesłała mi taki świetny (klikać)
Więc enjoy czy coś.
 I pozdrawiam moją przyjaciółkę, super fotografa, która robiła zdjęcia kiedy ja poszłam nakarmić kota. Wszystkie brzydkie cienie na książkach albo nierówne ułożenie to jej wina, nie moja!

1. Pierwsza książka w twojej kolekcji/ najnowsza książka.
Psyyyt, widzicie tego uroczego kotka? Nazywa się Neron i od tygodnia jest moim współlokatorem. Spodziewajcie się oddzielnego posta o nim! 
Ciężko jest stwierdzić, w którym momencie kolekcja książek, którą tworzyła dla mnie moja mama przerodziła się w moją własną, kiedy zaczęłam wybierać je i kupować sama. Nagięłam wiec trochę zasady i wybrałam najstarszą książkę, jaką mam. Moja babcia kupiła tę Mitologię mojemu tacie, kiedy miał ją omawiać w szkole podstawowej. Poza tym przeniosła się na moją półkę dosyć wcześnie, więc kto wie czy to nie jest ta pierwsza książka. 
Czarodzieja nazywa się pra-Lolitą, która swoją drogą niesamowicie mnie fascynuje i jeszcze wspomnę o niej w tym tagu. Nie wiem jeszcze o czym jest, ale ma piękną okładkę. 
2. Tania książka/ droga książka.
Tajemnicę Brokeback Mountain poznałam przez film, który pokochałam całym serduszkiem i na którym wypłakałam oczy. Książka jest bardziej oschła, minimalistyczna... To właściwie opowiadanie, które troszeczkę wymięka przy filmie, aczkolwiek historię bardzo polecam, nieważne w jakiej formie. Opowiada o dwóch mężczyznach ograniczonych przez zamknięte społeczeństwo, którzy bali się kochać. 
Jeśli chodzi o drugą książkę, jest to Duma i Uprzedzenie w najpiękniejszym wydaniu, jakie kiedykolwiek widziałam. Kupiła mi ją ciocia, kiedy stwierdziłam, że chce się na własną rękę uczyć rosyjskiego (bardzo dobrze mi idzie, na razie czytam Sherlocka Holmesa). Jest piękna, najpiękniejsza. Uzupełnia się z Opactwem Northanger.  Gdybym sama chciała sobie kupić te dwa cuda, musiałabym płacić w nerkach. 

3. Książka z głównym bohaterem damskim/ męskim.
I tu chciałam zestawić dwie książki Johna Greena, moim zdaniem najlepszą i najgorszą. 
Z książek Greena wybijają się tak naprawdę dwie. W jego pozostałych powieściach utarł się schemat głównego bohatera typowego nerda, inteligentnego, ale poza ligą - i jego ekscentrycznego przyjaciela, i jego dziewczyny... Chociaż fabuły ma świetne, błyskotliwe z wieloma mniejszymi zabawnymi elementami składowymi, postacie rzucają na nie cień. 
Najbardziej kojarzoną jego powieścią jest oczywiście Gwiazd naszych wina. Oczywiście. Główną bohaterką jest dziewczyna (1), nieuleczalnie chora - uniwersalny i ciężki równocześnie temat (2), która nie potrafiła uniknąć pięknej, ale nieszczęśliwej miłości (3). Nie wiem, czy autor zrobił to celowo czy nie, ale spełnił trzy warunki powieści, która na pewno dobrze przyjmie się na rynku książki. Oczywiście była dobrze napisana i oczywiście przyciągnęła bardzo wielu czytelników. Na tle genialnych nerdów zdepresjowana Hazel Grace wypada jednak blado. Na ogół uwielbiam romanse, ten też był niezły, ale po Gwiazd Naszych Wina nie czułam potrzeby przeczytania pozostałych książek Johna Greena. 
Na drugą książkę wybrałabym Papierowe Miasta, gdyby nie to, że Quentin zlewa mi się z Milesem, Colinem i Tobinem. Z Willem Grysonem nie jest lepiej, całą ich piątka to pewnie różne wcielenie Johna Greena. Na pewno czuł się komfortowo, operując takimi postaciami i dlatego dobrze wypadały w danych sytuacjach, sama tak robię z moimi głównymi bohaterami, więc nie mogę tego potępiać. Willa Grysona wyróżnia z szeregu nerdów drugi Will Gryson. Zestawienie tych dwóch postaci, dwóch charakterów i stylów pisania było jedną z najlepszych rzeczy, na jaką John Green i David Levithan wpadli. Czytałam ich razem i oddzielnie i zdecydowanie obaj lepiej wypadli razem. Jestem oczarowana tą książką. 
Swoją drogą rozumiem, że Bukowy Las Will Gryson Will Gryson wcielił do graficznej serii książek Johna Greena (chodzi o wydanie), ale dlaczego zrobił to z W Śnieżną noc? Nie można tego już stricte przypisać Greenowi, jego praca to nie jest tam nawet połowa. 

4. Książka, którą przeczytałaś szybko/ którą czytałaś długo.
W Zwiadowcach zakochałam się już na samym początku. Całą serię przeczytałam w dwa miesiące, a od razu po skończeniu jedenastego (wtedy ostatniego) tomu wzięłam znów do ręki pierwszy, a siedem godzin później drugi. Co wy wiecie o obsesji. 
Jeśli chodzi o Lolitę, to oczywiście kocham tę książkę, to nie podlega dyskusji. Jest coś niesamowitego w tym, jak Nabokov opisuje obsesje, jak łatwo można wyczytać, że zeznania i wyznania Humberta nie pokrywają się z tym, co powinniśmy widzieć naprawdę. Inna sprawa, że od ponad pół roku nie mogę Lolity skończyć. Ale zostało mi jeszcze tylko pięćdziesiąt stron, do listopada dam radę! 

5.Śliczna okładka/ brzydka okładka.
Obie książki są naprawdę super i godne polecenia. Która ma szansę na rynku? Pytanie retoryczne. Potępiam Jaguara całą sobą za to, że swoją serię pastelową (w której skład wchodzi Morze Spokoju i książki Morgan Matson, każda to urzekający wyciskacz łez) wydał w tak niezachęcający sposób, przez co zabił ich szansę przebicia się. Niby nie ocenia się książek po okładce, ale kiedy widzę tak brzydkie wydanie, odczytuję to tak, że wydawnictwu nie zależało, by książka znalazła odbiorców - czyli nie jest tego warta. Morze Spokoju (i książki Matson) zasługują.
Jeśli chodzi o Cyrk Nocy, to jestem pewna, że kiedyś już o nim pisałam. Książka z klimatem, eteryczna i magiczna, co widać już po okładce.

6. Narodowa książka/ zagraniczna książka.
Spotkałam się kiedyś z określeniem, że Maja Lidia Kossakowska jest damą polskiej fantastyki i bardzo mi się ono spodobało. Co prawda, czytałam do tej pory tylko Rudą Sforę i serię Takeshiego. Na pewno nie do każdego styl Kossakowskiej trafi, rozkręca się powoli, ale wciąga i intryguje. Podziwiam ją za reaserch mitologiczny. Takeshi ogólnie jest utrzymany w klimacie japońskiego steampunku, który uwielbiam.
Nie wiedziałam jak interpretować zagraniczną książkę. Większość książek w Polsce to nie są książki polskie. Kiedy wchodzimy do księgarni i rozglądamy się po regałach, na rodzimą literaturę wydzielono jeden z piętnastu, a i ten nie jest zbyt popularny. Niczym wyjątkowym byłoby napisanie o książce zagranicznego autora. Wybrałam więc stricte zagraniczną książkę, zakupioną w Londynie. Brak ostatniego tomu Pięknych Istot na polskim rynku to mój osobisty dramat. Pisałam już o tym na Kocich Wąsach, ale o tym skandalu nigdy za wiele. Łyński Kamień wykupił prawa autorskie do Beautiful Redemption, a potem zakończył swoją działalność, nie wydając tego. Cierpiałam bardzo długo, zanim dorwałam tę książkę po angielsku, a chociaż wydanie liche i na cienkim papierze (i nie pasuje do niestandardowego formatu książek, jaki zaserwował nam Łyński Kamień), to okropnie się cieszę, że je mam.

7. Cienka książka/ gruba książka.
Folwark Zwierzęcy ma stron 120. Przeminęło z Wiatrem 1135. Dwa klasyki, pierwszy polecam, drugi nie. Dlaczego? Całą sobą nienawidzę i gardzę Scarlett O'Harą. Była próżna, krnąbrna, egoistyczna, głupia, niczego nie doceniała i zawsze chciała więcej. Nie dałam rady przeczytać tej książki właśnie przez nią, chociaż styl ładny, a historia ciekawa. Jak można napisać tyle stron o tak tępej kobiecie? Spojler- Scarlett nie przechodzi żadnej wewnętrznej przemiany ani nic w tym stylu. Pozostaje taka sama. Ciężkie życie niczego jej nie nauczyło.

8. Książka z fantastycznymi wydarzeniami/ książka obyczajowa.
Moja ulubiona książka fantasy i ulubiony obyczaj. Obie bardzo bardzo gorąco polecam! Są bardzo bliskie mojemu serduszku.
9. Książka (zbyt) romantyczna/ książka akcji.
Klątwa Tygrysa to naprawdę dobry reaserch i fajne połączenie różnych mitologii i chociaż minęło tyle czasu odkąd pierwszy raz to przeczytałam, nadal szanuję za to autorkę. Dobra, nie ukrywajmy, szanuję wszystkie rzetelne reaserche. Jeśli chodzi o postacie, wstyd mi, że jako niewiedząca nic o życiu i literaturze dwunastolatka lubiłam kiedyś bardzo Kelsey i Rena. Boże, to było okropne. Okropne. Relacje wyjęte ze Zmierzchu (autorka jest fanką) i w trochę gorszej odsłonie.
Białego Kła nie nazwałabym książka akcji, ale to po prostu najbardziej nieromantyczna książka jaką mam na półce. Czytam bardzo dużo romansów i bardzo mało książek akcji, więc ciężko było mi coś podpasować. Aczkolwiek żałuję, że nie mam na własność Zewu Krwi, bo to moja ulubiona książka Jacka Londona i podobała mi się bardziej niż Biały Kieł.

10. Książka, która cię uszczęśliwiła/ która sprawiła, że było ci smutno.
Moim OTP dzieciństwa są Bella i Adam. Jedną z moich ulubionych bajek Disneya jest Piękna i Bestia. Poza tym Uwielbiam retellingi baśni i uwielbiam Sarę J. Maas więc to było oczywiste, że pokocham Dwór Cierni i Róż. Na początku byłam nim lekko rozczarowana, bo nie podobały mi się relacje głównych bohaterów, ale wszystko pięknie się ułożyło, a końcowa scena złamała mi serce i skleiła je na nowo. Czekam na kolejny tom bardzo niecierpliwie!
Moim innym OTP  prosto z klasy klasycznej przepełnionej szalonymi humanami (wszyscy to tam shipują, kocham ich za to) jest Achilles i Patroklos. Homer nie wyjaśnił dokładnie, czy byli przyjaciółmi czy kochankami. Alexander Wielki był ich największym shiperem, to nie podlega dyskusji, zbudował im wspólny grób, symboliczny pomnik upamiętniający ich miłość (a po śmierci swojego kochanka postawił mu świątynię, chociaż wszyscy mu to odradzali, ale to swoją drogą). Drugie miejsce zajmuję ex aequo ja z Platonem, ale trzecie należy przyznać Madeline Miller, autorce The Song of Achilles (nie uznaję polskiego tytułu "Apollo. W pułapce przeznaczenia"). Ten retelling wygrywa nawet z Dworem Cierni i Róż. co prawda, wszyscy umierają a my śledzimy rozpacz i szaleństwo Achillesa, które i nas doprowadzają do rozpaczy i szaleństwa... The Song of Achilles złamało mi serduszko. 
Książki nie ma na zdjęciu, bo pożyczyłam ją przyjaciółce, ale może to i lepiej? Okładka jest odpychająca, Achilles wygląda na niej jak taki alfa hetero prosto z filmu 300 czy coś. To kompletnie nie współgra z charakterem tej powieści. Nie wiem jakie wydawnictwo tak skrzywdziło tę książkę. 

To by było na tyle, przepraszam was za ewentualne błędy, jest pierwsza w nocy, ale byłam bardzo zmotywowana, żeby skończyć ten post zanim pójdę spać.
 Lubię tagi książkowe, bo mogę o każdej powieści powiedzieć parę słów i każdy może znaleźć tu coś, co go zainteresuje. Pisanie pełnych recenzji jest mniej przyjemne i mniej przystępne. Ciastko dla każdego, kto przeczytał cały post! Ja nigdy tego nie robię przy tagach. Mam nadzieję, że niczym was nie oburzyłam (ekhm Gwiazd Naszych Wina) i czymś was zaciekawiłam. Jeśli znacie inne ciekawe tagi, podsyłajcie! 
PS. Kto policzy ile razy w tym poście użyłam słów "kocham" "oczywiście" i "książkę"? 



Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka