plany na 2017


Bardzo bardzo lubię planować róże rzeczy. Nie ma zabawy bez ustalania, jak się ona potoczy. Dlatego mam tak dużo list wszystkiego i nie powiem, praktycznie każdy post na tym blogu to lista (mam nadzieję, że to się nie rzuca aż tak w oczy). Dzisiaj serwuję wam kolejną (co za niespodzianka). Na ten rok miałam sześć konkretnych planów, z czego cztery spełniłam, a dwa straciły dla mnie znaczenie. Czas postawić poprzeczkę trochę wyżej. Prawdopodobnie czym bardziej będziemy brnąć w 2017 rok, tym bardziej świadoma będę tego, że pewnie uda mi się połowa z tych rzeczy. Ale czym dłuższa lista, tym większa ta połowa, prawda?

1. Postanowienia związane ze szkołą
Dobra, tu jest jazda, bo moja zdawalność z przedmiotów ścisłych jest bardzo niepewna, szczególnie z fizyki. Więc muszę przebrnąć przez ten rok, a potem z górki. Ale moim priorytetem jest łacina, więc muszę się spiąć i przyłożyć do tego języka. Lingua Latina uber alles czy coś.
Dobra, nie jestem zabawna, koniec o szkole.

2. Postanowienia związane z blogiem 
Uroczyście przysięgam że będę dodawać trzy/cztery posty w miesiącu. Jeśli chodzi o opowiadania, co pół roku zostawiam coś na drugim blogu, żeby sobie wisiało i nie za bardzo zwracam na to uwagę, ale polubiłam Kocie Wąsy i są jedną z nielicznych rzeczy, o których myślę "muszę coś zrobić" i naprawdę się za to biorę. Z lepszym lub gorszym efektem, ale cały czas tu piszę. I mam zamiar pisać nadal. I muszę wyjść ze schematu list, ehh... 

3. Seriale 
Nie byłabym sobą, gdybym nie miała gdzieś wśród swoich priorytetów seriali.
W samym styczniu zaczyna się jakichś sześć premier wiosennych, plus w ciągu następnych paru miesięcy dochodzą mi kolejne trzy, więc papa życie społeczne. Chyba nie powinnam się cieszyć, że w lutym/marcu będę miała sześć/ siedem nowych odcinków tygodniowo, bo nie będę zajmować się niczym innym... Ale się cieszę.
Poza tym, chciałam w tym roku obejrzeć kilka(naście) nowych rzeczy. Sense8, Misfits, Superstore, The Crown, The Royals, White Colar, Miasteczko Twin Peaks. Into the badlands, Stitchers, Looking, Black Mirror. O, wypisałam jedenaście rzeczy. Jak znajdę dwunasty tytuł, to wyjdzie mi jeden nowy serial na miesiąc. Może to jest sposób żeby to uporządkować.

4. Książki
Podczas tej przerwy świątecznej robię sobie mały maraton czytelniczy i uświadomiłam sobie, jak bardzo mi tego brakowało. Przykro mi trochę, że nie mam czasu lub siły, żeby czytać tyle ile bym chciała. Na półce zalega mi co raz więcej książek, które chciałam przeczytać już teraz zaraz, a potem się okazuje, że jestem zajęta albo jak mam wolny czas, to nie mogę się skupić i włączam wtedy serial. Nie ustalam sobie żadnych granic, ale chciałabym czytać jak najwięcej.
Mam wrażenie, że trzeci i czwarty punkt ograniczą moje życie społeczne jeszcze bardziej.

5. Logiczne rozporządzanie pieniędzmi
Głównie chodzi o to, że w ciągu miesiąca wydaje ich bardzo dużo na jedzenie, a potem narzekam, że nie mam na nic innego. Koniec z tym! (haha, na pewno) Nie no, ale serio, chyba wyznaczę sobie w moim notesiku fragment na podsumowywanie wydatków z każdego miesiąca, żeby potem sobie pluć w brodę za niepotrzebne rzeczy, a w przyszłości ich unikać.

6. Obowiązkowy punkt na prawie każdej liście postanowień na przyszły rok - waga
To jeden z punktów, które miałam wśród swoich celów na 2016 rok, a które straciły dla mnie znaczenie. Zadałam sobie bardzo proste pytanie - z czego nie jestem w stanie zrezygnować? Makaron. Jestem stuprocentowo makaronowym człowiekiem, kocham makaron, to podstawa mojej diety, serio. Poza tym nienawidzę ćwiczyć na wfie, więc ostatecznie stwierdziłam, że nie będę jedną z tych osób, które narzekają na swój wygląd, a potem nic nie robią.
W te wakacje jednak jadę nad morze z naprawdę ślicznymi koleżankami, więc stwierdziłam, że w sumie mogłabym coś ze sobą zrobić, żeby czuć się okej w ich towarzystwie. Ale bez presji. Po prostu wprowadzę więcej owoców do swojej diety, ureguluję pory posiłków, jak będzie cieplej zacznę jeździć na rowerze i może miesiąc przed wyjazdem wrócę do swojej diety bez glutenu, nabiału i słodyczy. To brzmi okropnie, wiem, ale nieźle się na niej bawiłam w zeszłym roku, jadłam prawie same owoce, makaron gryczany i kaszki dla dzieci.

7. Wrocław
To jest ten rok, kiedy na pewno się tam wybiorę, słowo daję! Zbieram się od jakichś trzech lat, bo tam mieszka moja internetowa przyjaciółka, która u mnie była już jakieś pięć razy... Ale tym razem ja na pewno pojadę do niej, słowo!

screeny z filmu Hamizu

Świąteczny re-watch

Rzadko wracam do seriali/kreskówek, które już obejrzałam. Ewentualnie tylko do jednego ulubionego sezonu albo kiedy zmuszam przyjaciół do obejrzenia - albo kiedy robię rewatch świątecznych odcinków. Przed wami mój obowiązkowy tegoroczny seans przedświąteczny.

Glee
Świątecznych odcinków Glee powstało trzy. Każdy odcinek jest lekko wyrwany z ogólnej fabuły, a postacie planują świąteczny program telewizyjny, śpiewają dla ubogich czy wojują z Sue przebraną za Grincha. Tym jednak co zawsze trzymało Glee na wysokim poziomie była muzyka. Mam specjalną świąteczną playlistę złożoną tylko i wyłącznie z piosenek z Glee i nie wyłączam jej przez cały grudzień. Interpretacje tych utworów i często dopasowanie do fabuły zawsze robiły na mnie wrażenie i robią nadal. Nie chcę się zbytnio rozwodzić nad tym tematem, ale jakby kogoś interesowało ględzenie o piosenkach z Glee, to znajdziecie je tu.

Toradora
To chyba jedno z pierwszych anime, które widziałam i równocześnie jedno z moich ulubionych. Teoretycznie jest to typowe shojo, głupie perypetie licealistów bla bla bla. Gdzieś w okolicach świątecznego odcinak następuje jednak przełom i cała historia w naturalny sposób przechodzi w o wiele bardziej poważną i melancholijną. Chyba za to własnie kocham ten odcinek. Łączy w sobie radość i smutek - i ma super piosenkę, nie oszukujmy się. To chyba jedyna piosenka po japońsku, której (całkiem przypadkowo) nauczyłam się na pamięć. Poza tym halo, Ami i Taiga się nienawidziły i gdzieś w trakcie tego przejścia z lekkiej do smutnej historii zostały przyjaciółkami. Wierzę, że ten duet się do tego przyczynił.  

My Little Pony
Kucyki Pony to w sumie moje małe guilty pleasure, zawsze wstyd mi się przyznać, że to kocham - ale kocham. Widziałam całość jakieś pięć razy, nie żartuję. Propos świątecznych odcinków, jestem ogólnie ogromną fanką idei Wigilii Serdeczności. To własnie kucykowy odpowiednik świąt, ale ma troszeczkę inną genezę. 
Kiedyś trzy plemiona kucyków, kucyki ziemskie, jednorożce i pegazy były do siebie wrogo nastawione. Nie znały przyjaźni i harmonii które aktualnie rządzą Equestrią. Ich nienawiść sprowadziła na Equestrię wieczną zimę i w ostatniej chwili odkryli, że życzliwość i serdeczność są w stanie rozmrozić zamarzniętą krainę i lodowate serca. 
Odcinki stworzono trzy. Pierwszy (s02e11)przedstawia tradycję kucyków, które co roku wystawiają przedstawienie teatralne z powyżej przeze mnie opisaną legendą. Praktyczni cały odcinek to właśnie ten występ, który przybliża nam historię Equestrii. Drugi odcinek (s05e20) to już prawidłowa kucykowa historia. Rodzina Apple jedzie z Pinkie Pie na jej rodzinną farmę, by razem spędzić święta. Nie wszystko jest tak, jak planowali albo sobie wyobrażali i wynika wiele zgrzytów, komplikacji i kłótni. Ostatecznie z nieporozumienia wynika lekcja akceptacji (matko, przerzuciłam się na kucyowy żargon). Trzeci odcinek (s06e08) jest z najnowszego sezonu i szczerze mówiąc, długo na niego czekałam. To kucykowa wersja Opowieści Wigilijnej z cudowną oprawą muzyczną. (Say Goodbye to the Holiday!!!)

Miraculous 
Powiem wam, że to najgorszy odcinek specjalny jaki widziałam. Serio. Jestem tak okropnie i głęboko zawiedziona. Odcinki specjalne Miraculous miały być zapowiedzią przełomu drugiego sezonu. Wszyscy spodziewamy się rozwinięcia akcji, liniowej fabuły i troszkę poważniejszych sytuacji. Tymczasem pierwszy special  trzyma się schematu "haha ratujemy Paryż i jest zabawa!".  Singing voice Mari raczej mi się nie podoba i śmiałam się  na jej miłosnej balladzie do Adriena (Spojler?). Straciłam na to jakieś dwadzieścia minut życia. Tak, to trwało dwadzieścia minut, nie czterdzieści, jak zapowiadano. Jedyny plus jest taki, że tym razem Marinette podpisała się na prezencie dla Adriena. 

Skam
O Skam jeszcze nie pisałam na blogu, a to bardzo niedobrze, bo bez przeginania ten serial jest moim tlenem w grudniu. Na trzydzieści odcinków aż dwa (wow) są świąteczne, ale się liczy.
Ogólnie serial przypomina trochę Skins, tylko norweskie. Bla bla bla nastolatki, szkoła, problemy, typowe. Każdy sezon bierze na pulpit inną postać. Ale jest w tym jakiś geniusz, coś błyskotliwego. Serial jest mądry, szczegółowy i wciągający. Poza tym język norweski stał się moim nowym ulubionym językiem, serio (obok łacinki, francuskiego i niemieckiego). Zamiast "nie" mówię teraz gardłowe "nai".
Świąteczne odcinki (nie znalazłam z nich screena), to ostatnie odcinki pierwszego i trzeciego sezonu. Jest w nich jakaś refleksja, podsumowanie wszystkiego, co postać osiągnęła i wypracowała w ciągu pół roku. Taki nowy początek. Cały serial jest bardzo smutny i bardzo emocjonalny, prawie cały czas płakałam, ale takie zakończenia były bardzo dobre, dające w pewien sposób nadzieję. Jeśli szukacie jakiegoś serialu który jest a) zaskakujący, b) dobrze zrobiony c) niezbyt długi (trzy sezony po dziesięć odcinków po 25-35 minut) d) wciągający, to to musi być Skam. Uzależniłam się od tego serialu, serio.  Ogólnie trudno go znaleźć, więc jakby ktoś był chętny, to podrzucę linka. Pamiętacie mój zachwyt Eyewitness? Jak pragnęłam całej uwagi wszechświata dla tego serialu, bo na nią zasłużył? Teraz tak mam ze Skam. Oglądajcie Skam!

o Friends też miałam napisać, ale zapomniałam obejrzeć. 

To by było na tyle, przepraszam za to, że zniknęłam w grudniu. Przez cały miesiąc biłam się ze zdaniem z fizyki (mam jedynkę, haha) i z trzema świątecznymi postami, z czego opublikowałam tylko dwa, a ten tutaj to z ogromnym poślizgiem. Pięć produkcji, dziesięć świątecznych odcinków, które obejrzałam w tym miesiącu.
Publikuję właściwie w ostatniej chwili, bo jej, dzisiaj są już święta! Więc życzę wam wszystkim spokoju, odpoczynku, szczęścia i miłości i żeby śnieg spadł, bo trochę z nim ubogo. Motywacji i siły na nowy rok, powodzenia! 

Yuri on Ice - typowe nietypowe anime

Szybko streszczam fabułę. Yuri był łyżwiarzem, ale na Grand Prix zaliczył mega wtopę i  może się wydawać, że to koniec jego kariery. Umiera mu piesek, ambicje życiowe też umierają, więc smutny, zderpesjowany i obrośnięty tłuszczykiem wraca do domu. Praktycznie się już poddał. Uratował go przypadek. Jego przyjaciółka z dzieciństwa wrzuciła do internetu filmik, jak Yuri odwzorowywał układ swojego idola, Viktora Nikoforova. A co robi Viktor? Rzuca wszystko, pakuje torbę i swojego pudla i jedzie do Japonii, żeby zostać trenerem Yuriego i doprowadzić go do finału Grand Prix. 

Nie jestem otaku, po animce albo mangi sięgam okazjonalnie, zwykle jest to coś z gatunku shojo. Jeśli chodzi o Yuri on Ice, było na to ogromne bum w internecie. Na początku nie liczyłam na zbyt wiele, ale powiem wam, że produkcja mile mnie zaskoczyła. Cała fabuła kręci się wokół zawodów łyżwiarskich, co myślałam, że będzie nudne. Nie jest. Występy są przepiękne, nacechowane emocjonalnie i zwykle dany układ łączy się z historia występującego. Mamy taką czołówkę łyżwiarzy, około dziesiątkę, bliższych lub dalszych znajomych Viktora i Yuriego. Przy okazji ich spotkań na zawodach nakreślane są relacje. Czasem się troszeczkę gubię (Chris zlewa mi się z tym sympatyczny Czechem, a Mike z JJ'em), ale bardzo się cieszę, że ogólnie relacje są rozbudowane.

Jest kilka niedojrzałych, żałosnych elementów (ChrisChrisChris), ale nie chcę się o nich rozwodzić, bo jeszcze stwierdzicie, że nie warto oglądać Yuri on Ice, a warto. Po pierwsze, anime jest bardzo ładnie zrobione. Po drugie, relacja Yuriego i Viktora to złoto. Złoto. Z jednej strony to taka trochę karykatura typowego yaoi, częściowo wpasowują się w schematy, częściowo je łamią, ale pod całą warstwą komediową jest w tym coś smutnego. Odcinek szósty cały jest okropnie smutny (nie spojleruję, spokojnie). W Yuriego zawsze wierzyła tak naprawdę tylko jego rodzina, pogubił się trochę, a Viktor jest jedyną osobą, która naprawdę go rozpracowała. Zna jego możliwości lepiej niż on sam, poprowadził go w pewnym sensie w dobrą stronę. Stworzył Yuriego na lodzie. Pełne zrozumienie i zaufanie między tymi postaniami jest intrygujące i fakt, jak bardzo Yuri stara się nie zawieść Viktora, który rzucił karierę łyżwiarską, żeby go trenować, łamie mi serduszko. Niektóre elementy ich relacji są zbyt sugestywne, w sensie.. Błagam Yuri, przecież to jest stuprocentowo intencja romantyczna, a ty tego nie widzisz. Jeśli ostatecznie Yuri i Viktor nie będą parą, wcale mnie to nie zdziwi. Twórcy pogrywający z fanserwisem w sportowych animcach z wątkami yaoi to nic nowego. (Wspominałam kiedyś, że na ogół nie lubię sportowych animców?) Bardzo bym jednak chciała, żeby tym razem było inaczej. Ta relacja jest taka szczera i niewinna, po prostu bardzo urocza. Kibicuję im bardzo bardzo!

Od czasu Noragami i Ao Haru Ride nic mnie tak nie wciągnęło z animców, serio. Polecam gorąco, nawet jeśli nigdy nie oglądaliście japońskiej animacji. Yuri on Ice jest dobre na pierwsze anime, serio. Yuri on Ice ogólnie zawsze poprawia mi humor, jest pełne energii i zabawne, ale równocześnie proste. Po prostu miło oglądać.
Na koniec zostawiam opening, bo jest bardzo bardzo ładniutki.


Przepraszam, że mi ostatnio częstotliwość spadła, ale się kompletnie rozleniwiłam, teoretycznie mogę się też wykręcać szkołą. Od początku grudnia próbuję sklecić świąteczny post, ale mi nie idzie, więc go porzuciłam. Mam nadzieję, że tym razem nie znikam na tak długo.  

christmas bucket list

Święta są za miesiąc, nareszcie! Znaczy się, prawie nareszcie, ale miesiąc to już tak bliziutko. Kocham święta i właściwie od początku listopada nie myślę o niczym innym. Także moja ekscytacja i miłość to wszelkiego rodzaju list odbiją się na kolejnym poście. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz napisałam coś, co nie było wypunktowane mniej lub bardziej wyraźnie.
W każdym razie, ostatnio na Pitereście i Tumblrze przechodziłam przez bardzo wiele świątecznych postów i połowa z nich to były listy rzeczy do zrobienia przed świętami. Ostatecznie skleciłam własną.

✫ Pójdę na łyżwy.
A już nawet byłam. I mam zamiar chodzić przynajmniej raz w tygodniu do zamknięcia Zimowego Narodowego w Warszawie. Niedawno zaczęłam oglądać Yuri on Ice i to najbardziej urocze i zabawne anime jakie widziałam od bardzo dawna. Podbiło moje serduszko i zaraziło mnie łyżwiarstwem.

✫ Stworzę świąteczną playlistę.
Tworze nową co rok, chociaż wiele piosenek się dubluje. Zawsze pojawia się jakieś milion świątecznych interpretacji piosenek z Glee. Kocham kocham kocham. A propos Glee...

✫Zrobię rewatch wszystkich świątecznych odcinków
Głównie chodzi o Glee, Toradorę i Kucyki Pony. Czekam również na odcinek specjalny Miraculous. Przewidziałam to, co będzie się w nim działo w moim poście o Miraculous i chociaż bardzo chętnie pominęłabym zakumowanego Mikołaja, bardzo ekscytuję się muzyczną aranżacją.

✫Załatwię mojemu kotu świąteczne wdzianko
Prawdopodobnie mnie za to znienawidzi, a ja będę musiała oddać nerkę, żeby jeszcze na to się wykosztować, ale będzie warto.

✫Będę piec pierniki
Nie umiem piec. Nie lubię lukru. Ale mam zamiar stworzyć najpiękniejsze oryginalne pierniczki dla wszystkich moich przyjaciół i patrzeć, jak będą się z nich śmiać, kiedy je dostaną.

✫Postaram się przeczytać jeszcze raz "W śnieżną noc".
Mam bardzo mało czasu ostatnio i prawie w ogóle nie czytam, ale tę książkę muszę wcisnąć w grafik przed świętami. Jest taka urocza, kochana i napisana z pomysłem i oczywiście jak najbardziej w klimacie świąt.

✫Napiszę świąteczne opko
Właściwie to mam pomysł an trzy, ale ze wszystkimi się nie wyrobię, więc pewnie znów pojawią się w randomowym czasie, tak jak "Śnieżynki", które wstawiłam na nie ufaj pisarzowi w środku wakacji, ale one nie były stricte świąteczne.
O wow, właśnie zdałam sobie sprawę, że na tamtym blogu nie pojawiło się nic od pół roku.

✫Zainwestuję w świąteczny sweter i skarpety z reniferami
Za to zapłacę drugą nerką.

✫Wyślę moim znajomym świąteczne kartki.
Bardzo bym chciała upolować tak słodziutkie z Krainą Lodu.

✫Ulepię bałwana.
Bardzo bym chciała, ale... Śnieg w Warszawie na święta, haha.

✫Pieniądze za trzecią nerkę wydaj na prezenty.
Kocham wymyślać i dawać prezenty, więc prawdopodobnie jeśli dostanę od familii jakieś pieniążki na urodziny (które są jutro, proszę mi składać życzenia) to kupię za nie masę prezentów dla rodziny i przyjaciół. Ogólnie dla mamy prezent kupiłam już w lipcu.

To by było na tyle, biorąc pod uwagę fakt, że pomijam punkt "zaliczę ten semestr" bo nie chcę sobie psuć chemią takiej pozytywnej listy. Jest coś, co wy chcielibyście koniecznie zrobić przed świętami? O, i możecie polecić mi jakieś świąteczne filmy, bo robimy z rodzicami listę do obejrzenia.



Książki skrzywdzone oprawą graficzną

Oceniamy książki po okładce. Kalkulacja jest prosta - jeśli wydawnictwo uzna książkę za naprawdę dobrą, taką, która może im przynieść spory zysk, chce ją jak najlepiej zaprezentować, więc wykłada trochę więcej na okładkę, żeby była naprawdę intrygująca i przyciągała wzrok. Byle jaka okładka, to prawdopodobnie byłe jaka książka.

Najbardziej boli mnie jednak, że bywają super książki, których okładki z daleka krzyczą "tanie wydanie, słaba książka, omijaj szerokim łukiem". A to zdecydowanie nieprawda!

Patrząc na tytuł "Lato drugiej szansy" i na "HENRY+TAYLOR 4EVER" na odwrocie w życiu nie przeczytałabym tej książki gdyby nie to, że mam sentyment do jej autorki (polecam gorąco Morgan Matson). Ogólnie całość sugeruje letni romans, powrót do przeszłości, godzenie się z dawnymi przyjaciółmi i wrogami bla bla bla... Nic nie wskazywałoby na to, że to ładnie napisana, przemyślana książka z naprawdę ciekawymi postaciami. Romans nie jest w niej najważniejszy, ale zniszczona i naprawiona potem rodzina. Serio, nie szaleję specjalnie za rodzinnymi dramatami, ale ta książka do mnie trafiła. Łatwo udzielały mi się emocje Taylor.
Jednak kiedy mimo wątpliwości kupiłam tę książkę, przez kolejny rok stała na półce zapomniana. I to z winy  "HENRY+TAYLOR 4EVER", serio, tak mnie to odrzuciło...

"Morze Spokoju" pochodzi z tej samej "serii  pastelowej" co "Lato drugiej szansy". Ciężko mi o niej trochę pisać, bo czytałam ja kilka lat temu, ale na zawsze zapamiętam, jak ogromne wrażenie na mnie wywarła. To subtelna opowieść o dwójce wrażliwych młodych ludzi, którzy myślą, że nie dbają o nic. Bardzo lubię dobrze napisane historie złamanych ludzi, którzy odnajdują jednak szczęście i spokój, a to jedna z moich ukochanych powieści w tym klimacie. Jest dokładnie tak, jak mówi napis na okładce (okropny czerwony napis na fioletowej okładce) "Ta książka złamie ci serce i sklei j na nowo". Ciągle szukam czasu, żeby do niej wrócić. No a szata graficzna mówi sama za siebie, tak jak cała seria pastelowa. Ogólnie "Morze spokoju" to mój flagowy przykład powieści skrzywdzonej okładką, serio. Cierpię przez nią od lat, ale teraz przebił ją Achilles.




"Achilles. W pułapce przeznaczenia" to mój ból tej jesieni. Jezu co to ma być. Co wam sugeruje ta okładka i tytuł? Prosta książka dla mężczyzny w średnim wieku niezaangażowanego w literaturę, powieść o dzikich wojownikach i walce. Książka z takim tytułem nie może być zbyt ambitna.
Tymczasem w oryginale nazywa się "Pieśń Achillesa" i jest bardzo subtelna, kochana. To retelling "Iliady" i opowiada o więzi i romansie Achilelsa i Patroklosa (moje mitologiczne OTP, odkąd przeczytałam o nich artykuł na homopedii półtorej roku temu). Walki i krwi jest w tym niewiele, to bardzo smutna książka, przez wiele lat obaj bohaterowie żyli z miażdżącą świadomością zbliżającego się końca, a obserwowanie ich ostatecznego upadku złamało mi serce. Książka jest cudowna, ale nie przyciąga niestety odpowiednich odbiorców. Zastanawiam się, czy nie iść do introligatora z tą książką i poprosić o obłożenie jej w skórę i wygrawerowanie oryginalnego tytułu.


Trzynasty tom i/lub pierwszy tom prequelu Zwiadowców (różnie się mówi o tej książce) jest przeznaczony dla osób, które dawno już zatraciły się w świecie stworzonym przez Johna Flanagana, ale gdyby miała to być oddzielna książka, nie sądzę, by przyciągnęła wielu czytelników. Ale ogólnie powieść jest bardzo dobra, to taki powrót do starej formy po kulawej części dwunastej. Jakkolwiek by ta seria nie wyglądała, bardzo się cieszę, że ją mamy. Na początku nie chciałam jej czytać, bo bałam się, że będzie tak samo przerażająco przeciętna co dwunasty tom i oddzielna seria powiązana ze Skandią. Jestem bardzo wdzięczna mojej parabatai za to, że kupiła mi ją na urodziny, bo mogłam się przekonać o własnym błędzie. Teraz czekam na kolejny tom prequelu i mam cichą nadzieję, że w zielonych odcieniach będzie trochę ładniejszy, bo się brzydko uzupełnia z kanoniczną pierwszą serią. 


Pierwsze i najważniejsze: jestem kompletnie oddana Cassandrze Clare, to moja ukochana pisarka, mam do niej ogromny sentyment i podziwiam świat przedstawiony, jaki zbudowała. Amerykańskie okładki wszystkich są naprawdę piękne. Kupiłam też dodatki po angielsku i po polsku i moim ulubionym są zdecydowanie "Kroniki Magnusa Bane'a". Przykro mi troszeczkę, że ta okładka ze wszystkich książek Clare jest zaprezentowana najsłabiej. Postać wygląda nie tyle nienaturalnie, bo taki chyba był zamiar, ale sztucznie. Z resztą chyba nie istnieje żadna okładka z takim przybliżeniem twarzy, która jest naprawdę dobra. Opowiadania są absolutnie perfekcyjne i ta okładka naprawdę mogła być lepiej wyeksponowana, ale to jak ze Zwiadowcami - fani i tak kupią. 





To pięć najsmutniejszych książek na mojej półce. Macie jakieś swoje cuda, które powinny wyglądać jak cuda, a nie wyglądają? A jeśli kiedyś zastanawialiście się nad kupnem książek powyżej wymienionych i ostatecznie odłożyliście je na półkę, wróćcie po nie. 

20 faktów o mnie

O nie. Znowu tag. Same zapychacze na tych Kocich Wąsach. Masakra. Aczkolwiek tag sympatyczny i blogerka sympatyczna również, nic tylko czytać! Na początku tych faktów miało być 50, ale kto chciałby to czytać.

1. Jestem kompletnie pokręconą kociarą. 
Wow, wcale tego nie widać po całym blogu.

2. Bardzo chcę pisać rozszerzoną maturę z łaciny.
Ale to dopiero za trzy lata, więc możemy przymrużyć oko na moją średnią 2,5 z tego przedmiotu na chwilę obecną.

3. Nie umiem robić koka.
To mój ból życia. Próbowałam milion razy i na milion sposobów.

4. Nienawidzę nienawidzę nienawidzę zimna. 
Klasyfikuję przez to zimę jako najohydniejszą porę roku mimo tego, że uwielbiam śnieg, święta i ferie.

5. Mam siedem razy więcej shipów niż przyjaciół.
Policzyłam! To jedyna matma do której jestem zdolna #human

6. Jestem Directionerką.
I strasznie mi wstyd z tego powodu, bo zespół jako zespół kocham, ale ten fandom i stereotypy o nim są okropne. Rok 2010: wszystkie fanki 1D to głupie dwunastolatki! Rok 2016: wszystkie fanki 1D to głupie dwunastolatki! Obalam mit. W każdej grupie społecznej są jakieś ameby, ale bez przesady. Boże to brzmi jakby dwunastolatki był synonimem do ameb, nie mam tego na myśli. Ale wiecie o co mi chodzi.

7. Jestem mistrzynią unikania obowiązków.
Właśnie teraz powinnam uczyć się na kartkówkę z podstaw przedsiębiorczości i odrobić pracę domową z matematyki i chemii. To dobry moment na pisanie posta.

8. Wyglądam na młodszą niż jestem. 
Metr pięćdziesiąt czystego uroku, od którego mnie już mdli, ale wszyscy i tak w kółko powtarzają "ale ty jesteś ssssłodka!".

9. Robię bardzo dużo list.
Lista rzeczy do zrobienia, do nauczenia, lista postów, które chce napisać, filmów które chcę obejrzeć i lista shipów, które kocham.

10. Kiedy spodoba mi się jedna piosenka, sprawdzam wszystkie. 
Moi przyjaciele nazywają to kultem jednostki. Kiedy spodoba mi się jedna piosenka artysty, sprawdzam całą jego dyskografię, potem wywiady i występy, czytam notatkę na wikipedii i tak dalej.

11. Uwielbiam My Little Pony. 
Przez co też często mi głupio, bo przecież tę kreskówkę oglądają albo małe dziewczynki albo starzy zboczeńcy. Za to nie wstyd przyznać się do Fineasza i Ferba (nie lubię). Kreskówka kreskówce nie równa.

12. Uwielbiam kaktusy. 
I uwielbiałam je zanim stały się "tamblerowe" czy coś. Od lat tworzę tę kochaną kolekcję, mam aktualnie dwadzieścia trzy kaktusy, bo kilka mi kot zabił. Zabił też moje palmy i aloesu.

13. Lubię bardzo retellingi. 
Szczególnie w postaci książkowej i płaczę, bo tak wielu nie wydano w Polsce.

14. chciałabym dawać dzieciom korepetycje.
Serio, to mega urocze i zawsze to jakieś doświadczenie - zarobek. Ale moja madre stwierdziła, że jestem niewystarczająco wyedukowana, żeby uczyć kogoś innego i chyba ma rację.

15. Kocham urodziny.
Moje, ale cudze bardziej. Cała konspiracja z organizowaniem urodzin i kupowaniem prezentu, a potem patrzenie, jak ktoś się z tego wszystkiego cieszy daje mi mega satysfakcję.

16. Jestem leworęczna. 
I nie byłoby w tym nic ciekawego gdyby nie fakt, że gdzieś w sierpniu leworęczni maja swoje święto (?) które nie wiem dlaczego moja rodzina celebruje.

17. Chciałabym pisać historie do filmów Disneya. 
Serio, zawsze jak pada pytanie, kim chcę  być to mówię, że pisarką i historykiem, ale moje małe marzenie to bycie członkiem zespołu, który tworzy historie do filmów animowanych Disneya.

18. Uwielbiam łapacze kurzu.
Serio, mam zagracony cały pokój, jestem mistrzynią zajmowania przestrzeni nie-bałaganem. Tylko łapaczami snów, pudełkami, figurkami, zdjęciami, rameczkami i innymi pierdołami. Jak doda się do tego moją kotomanię i zapominalstwo to wychodzę na typową babcię.

19. Spora część filmów męczy mnie po godzinie, dlatego oglądam je w dwóch połowach. 
To dlatego, że jestem przyzwyczajona do oglądania seriali, których jeden odcinek trwa do godziny własnie. (Nie zmienia to faktu, że jestem w stanie obejrzeć cały sezon w jedną noc i to mnie nie męczy)

20. Jestem okropnie roztrzepana osobą.
Okropnie.

Mój serial na jesień - Eyewitness

Powinnam pisać teraz recenzję wystawy na wok, ale ta recenzja jest ważniejsza. 

Nie oglądam thrillerów. Nie to, że ich nie lubię, ale porostu nie czuję ich klimatu, albo czasem są zbyt stresujące (tak, stresuję się na filmach). Eyewitness jest jednak moim małym wyjątkiem.

To norweski serial z 2015 roku, który został wykupiony przez amerykańskich producentów i właśnie ich remake (mogę to tak nazwać?) miał premierę szesnastego października tego roku i to tę wersję oglądam i o tej wam opowiem.

Głowni bohaterowie to Lukas Waldenbeck (po prawej) i Phillip Shea (po lewej), którzy mieszkają w małym miasteczku gdzieś tam w Ameryce. W teorii mają po piętnaście lat, ale ani ich zachowanie, ani aktorzy tego nie oddają, więc ten fakt możemy spokojnie pominąć. Teoretycznie mamy zarysowany podział na grupy społeczne, Lukas nigdy nie zadawałby się z kimś takim jak Philip i takie tam, ale troszeczkę to nie wyszło. Obcy chłopak nie nagrywałby wyczynów Lukasa na motocyklu, udostępniał ich na jego kanale, pił z nim piwo w domku nad jeziorem. Lukas nie całowałby kogoś obcego.
W takiej sytuacji zastali ich jacyś zbiedzy/ przestępcy/ mordercy. To wszystko potoczyło się tak szybko. Ale ostatecznie ktoś zginął, ktoś zapamiętał kurtkę Philipa, ktoś uciekł. Lukas oczywiście postanowił za nich obu, że nikomu o tym nie powiedzą, bo musieliby wtedy wyjaśnić, co i dlaczego robili (wcale nie?) a on się tego wstydzi. Nie zmienia to faktu, że jeden ze sprawców widział i zapamiętał kurtkę Philipa i będzie go szukał. W skrócie wpakowali się w szambo.
Serial nie skupia się tylko na tej dwójce, jest pani szeryf, która próbuje rozwiązać sprawę i ratować relacje z przybranym synem, jest agentka FBI, wdowa po agnecie FBI, morderca i jego nieletnia kochanka. Historie wszystkich tych postaci łączą się i ładnie przeplatają, ale najbardziej oczywiście urzeka mnie relacja dwóch głównych bohaterów. Phillip jest bardzo łagodny, bardzo stonowany. Lukas troszeczkę się miota, bo najpierw mówi "I'm not gay with you!" a potem całuje Philipa i ogólnie upiera się w dziwnych sprawach i jego reakcje często mnie zaskakują. Widać jednak, jak okropnie jest zagubiony i zdezorientowany. Nie wiem, co w nich jest takiego, ale robi mi się cieplej na serduszku. Poza tym, scena ratowania indyków (jakkolwiek by to nie brzmiało) doprowadziła mnie prawie do łez.
Ten serial ma tak jesienny klimat, że trudno mi to opisać. Miasteczko, jezioro, postacie, wszystko wydaje się szare, jakby niebo było wiecznie zachmurzone. Reżyser, który pracował nad Zmierzchem, pracuje właśnie nad Eyewitness, więc może to wam przybliży ten klimat, bo jest dosyć podobny. Ponury, ale jakby wyrwany z czasoprzestrzeni.


Podsumowując, serial mnie zaskoczył, nie spodziewałam się czegoś tak intrygującego. Kolejny odcinek jutro i nie mogę się już go doczekać, ale równocześnie trochę się stresuję co to będzie. Załączam zwiastun, gdybyście chcieli go zobaczyć. Linki zostawię na dole, bo też ciężko Eyewitness znaleźć online, ponieważ na razie wyszły trzy odcinki, a produkcja nie jest zbyt popularna, szczególnie w Polsce, ale pragnę dla niej całej uwagi internetu! Nie mam z kim się ekscytować.
Jeśli zdecydowalibyście się go obejrzeć, piszcie do mnie śmiało! Chętnie poznam wasze opinie.
https://ororo.tv/pl/shows/eyewitness
http://www.efilmy.tv/serial,1932,Eyewitness-2016.html
http://www.subsmovies.com/watch?movie=5670260s

NoNoWriMo - Inktober dla pisarzy


Pełna nazwa - National Novel Writing Month. A zaczyna się już jutro, czyli prawie dzisiaj, bo zostały cztery godziny do północy,czyli cztery godziny do pierwszego listopada, kiedy będę mogła zacząć pisać moją powieść!
Ale po kolei. Czym w ogóle jest NoNoWriMo?
Od pierwszego do trzydziestego listopada pisarze z całego świata (profesjonaliści czy amatorzy) porzucają wymówki, lenia, obowiązki i życie towarzyskie, siadają na pupie i zaczynają pisać powieść. Pewnie niewielu to się uda, ale chodzi o napisanie dokładnie pięćdziesięciu tysięcy słów. (A teraz przypomnijcie sobie zadania z lekcji angielskiego typu "napisz list do kolegi z Anglii na co najmniej trzysta słów". Pamiętacie, z jakim bólem wymyślało się głupoty, żeby się zmieścić w limicie słów?) Można założyć sobie konto na oficjalnej stronie wydarzenia , żeby na forum motywować się z innymi pisarzami, monitorować postępy i chyba (nie jestem pewna) zdobywać jakieś nagrody, ale z racji, że NoNoWriMo nie jest jeszcze zbyt znane w Polsce, biorę w tym udział tylko teoretycznie. Podłapuję ducha wydarzenia i piszę kiedy tylko mogę, ale bez logowania.
Podsumowując - NoNoWriMo to taki Inktober, ale dla pisarzy i moim zdaniem o wiele fajniejszy, ale to pewnie dlatego, że nie znam się na rysunku.

Jeśli chodzi o przygotowanie, mi osobiście zajęło cały październik. I to dosyć kluczowe, nie ma dobrej pracy bez dobrego rozplanowania. Nie każdy lubi planować na papierze, ale ogólnie polecam. Można sobie dopisywać w każdym momencie i forma jest bardzo przejrzysta. Jeśli masz kompletny plan wydarzeń, masz gruntowną bazę. Musisz tylko pisać od punktu do punktu, nic prostszego. Osobiście korzystam też z podręcznikowego wykresu. Rozpisuję po prostu co ma się konkretnie wydarzyć pomiędzy poszczególnymi punktami.



Warto się w to zaangażować, bo to naprawdę świetna inicjatywa i dobry motywator W zeszłym roku udało mi się napisać jedenaście tysięcy słów i równocześnie najdłuższe opowiadanie w moim życiu ( ponad trzydzieści stron w Wordzie). To fanfik powiązany z serią Percy'ego Jacksona, który jakiś czas temu opublikowałam na moim drugim blogu  pod tytułem "Pastwa ognia lub burz". W tym roku mam zamiar pójść o krok dalej. Będę pisać własna opowieść - o piratach. Nigdy nie zmieniałam czasu akcji i pisałam w teraźniejszości, ale czuję, że jestem dobrze przygotowana i że dam radę napisać co najmniej dwadzieścia tysięcy słów (małymi kroczkami, z roku na rok dojdę do pięćdziesięciu, zobaczycie!). Najprawdopodobniej, kiedy je skończę, również pojawi się na moim drugim blogu, a na razie trzymajcie za mnie kciuki! Zaczynam za cztery godziny!

ja za pięć lat



  1. Mieszkam w małym mieszkanku z którymś z moich przyjaciół.
  2. Mam dwa koty (Nerona oczywiście zabieram ze sobą od rodziców) i czerwonego pudelka. Kocham te stworki.
  3. Schudłam.
  4. I pozbyłam się trądu.
  5. Udało mi się zabrać wszystkie moje książki ze sobą (i zajmują pół mieszkania, ale to szczegół).
  6. Studiuję na MISHu na UW.
  7. Często podróżuję między miastami i zatrzymuję się na dzień/dwa u moich przyjaciół.
  8. Piszę książkę.
  9. Nauczyłam się bardzo dobrze gotować i jestem mistrzynią makaronu.
  10. Nadal piszę na Kocich Wąsach i przychodzi mi to z mniejszym bólem, niż w czasie liceum.
  11. Propos liceum, wspominam je bardzo dobrze.
  12. Zdałam maturę z łaciny. Nie byłam pewna, czy do niej przystąpię, ale w końcu to zrobiłam.
  13. Opanowałam całkiem przyzwoicie niemiecki (w końcu) i zapisałam się na kurs francuskiego.
  14. Widziałam Notre Dame na żywo. Brakuje mi słów, żeby wyrazić, jak bardzo kocham ten musical.
  15. Zwiedziłam gruntownie Włochy.
  16. I Grecję.
  17. Posługuję się łaciną cycerońską (nie tą średniowieczną, której uczyłam się w liceum).
  18. Byłam na wykopaliskach archeologicznych z moim profesorem od historii. 
  19. Nauczyłam się robić całkiem ładny makijaż. 
  20. I chodzić na szpilkach. 
  21. Wróciłam do Londynu i tym razem wydałam o wiele wiele więcej pieniędzy w Disney Store, a w samym Muzeum Brytyjskim spędziłam dwa dni. 
  22. Mam tatuaż. 
  23. Nauczyłam się śpiewać.
  24. Znalazłam w sobie miłość do sportu (w życiu bym nie podejrzewała)
  25. Realizuję się jako pisarka i humanistka, jako szczęśliwa osoba. 


kocia historia

Kocham koty. 
Kocham kocham kocham, to najcudowniejsze zwierzaki na świecie, puchate, kochane, piękne i wbrew temu co mówi sporo osób, lojalne. Rozumiem, dlaczego wiele osób woli psy. W jakiejś książce opisano proces asymilacji psa w społeczeństwie ludzi. Chodziło mniej więcej o to, że pies całkowicie się w nie wcielił i nauczył się żyć w symbiozie z człowiekiem oraz z grubsza się od niego uzależnił. Koty nigdy tego nie doświadczyły i nie potrzebują ludzi tak jak psy, są nadal niezależne i bardziej dzikie. Dlatego przyjaźń z kotami moim zdaniem jest niesamowita.

Wiele właścicieli kotów mówi, że żeby namówić na coś kota, trzeba mu udowodnić, że on tego chce. Dodam do tego jeszcze jedną żelazną zasadę: kot trzyma z tym, kto go karmi. Bezpośrednio przywiązuje się do tej osoby, która o niego dba i szybko o tym nie zapomina.

Dobra, piszę bardzo nie po kolei. Na ogół mówię, że zawsze kochałam koty i zawsze chciałam kotka mieć. Tak na prawdę przywiązałam się bardziej do kotów, kiedy umarła moja świnka morska (nie lubiła mnie, nazwałam ją Harry Potter, chociaż była dziewczynką) i kiedy dotarło do mnie, że miłość do koni zawsze będzie platoniczna, bo rodzice mnie na to nie zapiszą. Mniej więcej w tym czasie pojawił się Leon.

Na wieś do rodziny jeżdżę rzadko, bo nie lubię wsi. Jak miałam jakieś osiem lat, namówiłam ciocie na kotka i po prostu kiedy go odbierałyśmy, wiedziałam, że to moja nowa miłość. Był piękny, puszysty i po prostu wspaniały. Nadałam mu mało królewskie imię, czego do dziś żałuję, bo to królewski kot. Ogromny, puszysty, dumny i o takim typowym wrednym spojrzeniu. Praktycznie nie schodził mi z kolan przez całe wakacje i tylko dla mnie był "dobrym kotem" i po tych wszystkich latach nic się nie zmieniło. Chociaż przyjeżdżam raz na rok i to tylko na miesiąc, pamięta mnie, a kiedy przez pół nocy siedzę na ganku, bo jest noc spadających gwiazd, zawsze dotrzymuje mi towarzystwa.

Odkąd umarła Harry Potter, prosiłam o kotka. Aż w końcu hasło "żeby namówić na coś kota, trzeba mu udowodnić, że on tego chce" podsunęło mi cudowny pomysł. Musiałam udowodnić moim rodzicom że lubią zwierzęta. Bo lubią. Ale psy, oboje nie cierpią kotów. Delikatnie to sugerowałam i po prostu czasem pokazywałam im ogłoszenia o adopcji psów i jakoś przypadkowo już wybraliśmy psa do adopcji, ale moją mamę oświeciło, że pieski są bardzo uczuciowe i jak wszyscy wychodzimy z domu na dziewięć godzin to mu będzie bardzo smutno.

Okay, zmiana planów o 180 stopni, bierzemy kota. Ale: żadnych umów adopcyjnych, montowania siatek w oknach i na balkonie, wizyt przed i poadopcyjnych, ma umiec korzystać z kuwety i ma być odrobaczony, i sama płacę za jego wyposażenie.
Który warunek spełniłam? Ostatni. Swoją drogą, jeśli wydaje wam się, że kot jest tańszy od psa, mylicie się. Za wszystkie kompletnie niezbędne rzeczy zapłaciłam około dwieście pięćdziesiąt złotych (bez transportera). Ale znów tracę wątek.
Przez daw tygodnie przerzucałam ogłoszenia i w każdym były jakieś dziwne wymagania. Kilka kotków, które znalazłam z warunkami, których chciała moja mama, zwinięto mi sprzed nosa. Ostatecznie zdesperowana zapytałam o to na Facebooku (pozdrawiam grupę gif z tumblr, czegokolwiek nie szukacie/potrzebujecie, ludzie stamtąd zawsze wam to załatwią) i oczywiście kot się znalazł. Tylko że parę dni przed tym, jak chłopak miał mi go przywieźć, kociak złapał przeziębienie, więc dostałam go z pełnym zestawem leków do aplikowania.

Od tego momentu minęły trzy tygodnie i chociaż mój kochany Neron jest trochę bardziej pospolity, niż mi się wydawało, nie lubi siedzieć na rękach, raczej nie mruczy, chrapie, liże koce, budzi się, kiedy wszyscy idziemy spać i przez godzinę lata po domu jak zdziczały, wali w drzwi, sika ze stresu jak nikogo nie ma w domu, bo remontują blok, jest bardzo wybredny jeśli chodzi o jedzenie i ogólnie bardzo dużo je, co drugi dzień chodzimy do weterynarza i codziennie mamy około dwudziestu minut nienawiści, bo muszę podawać mu leki - to kocham go mocniutko. (woah jakie dzikie zdanie). Moment, kiedy sam do mnie przyszedł, położył mi się na stopach i zasnął wynagrodził mi całą irytację (irytację przez pranie czterech kompletów pościeli). Przez cały weekend tarzamy się po jednym łóżku i trącamy noskami i wiem, że spędzimy tak kolejnych dziesięć lat. To będzie dobre dziesięć lat.


Opposite Book Tag

Witam was w kolejnym  zapychaczu Tagu na tym blogu.  Każdy blogger stara się chyba nie robić ich zbyt często, ale Ala (już zbyt dużo o niej tu piszę) podesłała mi taki świetny (klikać)
Więc enjoy czy coś.
 I pozdrawiam moją przyjaciółkę, super fotografa, która robiła zdjęcia kiedy ja poszłam nakarmić kota. Wszystkie brzydkie cienie na książkach albo nierówne ułożenie to jej wina, nie moja!

1. Pierwsza książka w twojej kolekcji/ najnowsza książka.
Psyyyt, widzicie tego uroczego kotka? Nazywa się Neron i od tygodnia jest moim współlokatorem. Spodziewajcie się oddzielnego posta o nim! 
Ciężko jest stwierdzić, w którym momencie kolekcja książek, którą tworzyła dla mnie moja mama przerodziła się w moją własną, kiedy zaczęłam wybierać je i kupować sama. Nagięłam wiec trochę zasady i wybrałam najstarszą książkę, jaką mam. Moja babcia kupiła tę Mitologię mojemu tacie, kiedy miał ją omawiać w szkole podstawowej. Poza tym przeniosła się na moją półkę dosyć wcześnie, więc kto wie czy to nie jest ta pierwsza książka. 
Czarodzieja nazywa się pra-Lolitą, która swoją drogą niesamowicie mnie fascynuje i jeszcze wspomnę o niej w tym tagu. Nie wiem jeszcze o czym jest, ale ma piękną okładkę. 
2. Tania książka/ droga książka.
Tajemnicę Brokeback Mountain poznałam przez film, który pokochałam całym serduszkiem i na którym wypłakałam oczy. Książka jest bardziej oschła, minimalistyczna... To właściwie opowiadanie, które troszeczkę wymięka przy filmie, aczkolwiek historię bardzo polecam, nieważne w jakiej formie. Opowiada o dwóch mężczyznach ograniczonych przez zamknięte społeczeństwo, którzy bali się kochać. 
Jeśli chodzi o drugą książkę, jest to Duma i Uprzedzenie w najpiękniejszym wydaniu, jakie kiedykolwiek widziałam. Kupiła mi ją ciocia, kiedy stwierdziłam, że chce się na własną rękę uczyć rosyjskiego (bardzo dobrze mi idzie, na razie czytam Sherlocka Holmesa). Jest piękna, najpiękniejsza. Uzupełnia się z Opactwem Northanger.  Gdybym sama chciała sobie kupić te dwa cuda, musiałabym płacić w nerkach. 

3. Książka z głównym bohaterem damskim/ męskim.
I tu chciałam zestawić dwie książki Johna Greena, moim zdaniem najlepszą i najgorszą. 
Z książek Greena wybijają się tak naprawdę dwie. W jego pozostałych powieściach utarł się schemat głównego bohatera typowego nerda, inteligentnego, ale poza ligą - i jego ekscentrycznego przyjaciela, i jego dziewczyny... Chociaż fabuły ma świetne, błyskotliwe z wieloma mniejszymi zabawnymi elementami składowymi, postacie rzucają na nie cień. 
Najbardziej kojarzoną jego powieścią jest oczywiście Gwiazd naszych wina. Oczywiście. Główną bohaterką jest dziewczyna (1), nieuleczalnie chora - uniwersalny i ciężki równocześnie temat (2), która nie potrafiła uniknąć pięknej, ale nieszczęśliwej miłości (3). Nie wiem, czy autor zrobił to celowo czy nie, ale spełnił trzy warunki powieści, która na pewno dobrze przyjmie się na rynku książki. Oczywiście była dobrze napisana i oczywiście przyciągnęła bardzo wielu czytelników. Na tle genialnych nerdów zdepresjowana Hazel Grace wypada jednak blado. Na ogół uwielbiam romanse, ten też był niezły, ale po Gwiazd Naszych Wina nie czułam potrzeby przeczytania pozostałych książek Johna Greena. 
Na drugą książkę wybrałabym Papierowe Miasta, gdyby nie to, że Quentin zlewa mi się z Milesem, Colinem i Tobinem. Z Willem Grysonem nie jest lepiej, całą ich piątka to pewnie różne wcielenie Johna Greena. Na pewno czuł się komfortowo, operując takimi postaciami i dlatego dobrze wypadały w danych sytuacjach, sama tak robię z moimi głównymi bohaterami, więc nie mogę tego potępiać. Willa Grysona wyróżnia z szeregu nerdów drugi Will Gryson. Zestawienie tych dwóch postaci, dwóch charakterów i stylów pisania było jedną z najlepszych rzeczy, na jaką John Green i David Levithan wpadli. Czytałam ich razem i oddzielnie i zdecydowanie obaj lepiej wypadli razem. Jestem oczarowana tą książką. 
Swoją drogą rozumiem, że Bukowy Las Will Gryson Will Gryson wcielił do graficznej serii książek Johna Greena (chodzi o wydanie), ale dlaczego zrobił to z W Śnieżną noc? Nie można tego już stricte przypisać Greenowi, jego praca to nie jest tam nawet połowa. 

4. Książka, którą przeczytałaś szybko/ którą czytałaś długo.
W Zwiadowcach zakochałam się już na samym początku. Całą serię przeczytałam w dwa miesiące, a od razu po skończeniu jedenastego (wtedy ostatniego) tomu wzięłam znów do ręki pierwszy, a siedem godzin później drugi. Co wy wiecie o obsesji. 
Jeśli chodzi o Lolitę, to oczywiście kocham tę książkę, to nie podlega dyskusji. Jest coś niesamowitego w tym, jak Nabokov opisuje obsesje, jak łatwo można wyczytać, że zeznania i wyznania Humberta nie pokrywają się z tym, co powinniśmy widzieć naprawdę. Inna sprawa, że od ponad pół roku nie mogę Lolity skończyć. Ale zostało mi jeszcze tylko pięćdziesiąt stron, do listopada dam radę! 

5.Śliczna okładka/ brzydka okładka.
Obie książki są naprawdę super i godne polecenia. Która ma szansę na rynku? Pytanie retoryczne. Potępiam Jaguara całą sobą za to, że swoją serię pastelową (w której skład wchodzi Morze Spokoju i książki Morgan Matson, każda to urzekający wyciskacz łez) wydał w tak niezachęcający sposób, przez co zabił ich szansę przebicia się. Niby nie ocenia się książek po okładce, ale kiedy widzę tak brzydkie wydanie, odczytuję to tak, że wydawnictwu nie zależało, by książka znalazła odbiorców - czyli nie jest tego warta. Morze Spokoju (i książki Matson) zasługują.
Jeśli chodzi o Cyrk Nocy, to jestem pewna, że kiedyś już o nim pisałam. Książka z klimatem, eteryczna i magiczna, co widać już po okładce.

6. Narodowa książka/ zagraniczna książka.
Spotkałam się kiedyś z określeniem, że Maja Lidia Kossakowska jest damą polskiej fantastyki i bardzo mi się ono spodobało. Co prawda, czytałam do tej pory tylko Rudą Sforę i serię Takeshiego. Na pewno nie do każdego styl Kossakowskiej trafi, rozkręca się powoli, ale wciąga i intryguje. Podziwiam ją za reaserch mitologiczny. Takeshi ogólnie jest utrzymany w klimacie japońskiego steampunku, który uwielbiam.
Nie wiedziałam jak interpretować zagraniczną książkę. Większość książek w Polsce to nie są książki polskie. Kiedy wchodzimy do księgarni i rozglądamy się po regałach, na rodzimą literaturę wydzielono jeden z piętnastu, a i ten nie jest zbyt popularny. Niczym wyjątkowym byłoby napisanie o książce zagranicznego autora. Wybrałam więc stricte zagraniczną książkę, zakupioną w Londynie. Brak ostatniego tomu Pięknych Istot na polskim rynku to mój osobisty dramat. Pisałam już o tym na Kocich Wąsach, ale o tym skandalu nigdy za wiele. Łyński Kamień wykupił prawa autorskie do Beautiful Redemption, a potem zakończył swoją działalność, nie wydając tego. Cierpiałam bardzo długo, zanim dorwałam tę książkę po angielsku, a chociaż wydanie liche i na cienkim papierze (i nie pasuje do niestandardowego formatu książek, jaki zaserwował nam Łyński Kamień), to okropnie się cieszę, że je mam.

7. Cienka książka/ gruba książka.
Folwark Zwierzęcy ma stron 120. Przeminęło z Wiatrem 1135. Dwa klasyki, pierwszy polecam, drugi nie. Dlaczego? Całą sobą nienawidzę i gardzę Scarlett O'Harą. Była próżna, krnąbrna, egoistyczna, głupia, niczego nie doceniała i zawsze chciała więcej. Nie dałam rady przeczytać tej książki właśnie przez nią, chociaż styl ładny, a historia ciekawa. Jak można napisać tyle stron o tak tępej kobiecie? Spojler- Scarlett nie przechodzi żadnej wewnętrznej przemiany ani nic w tym stylu. Pozostaje taka sama. Ciężkie życie niczego jej nie nauczyło.

8. Książka z fantastycznymi wydarzeniami/ książka obyczajowa.
Moja ulubiona książka fantasy i ulubiony obyczaj. Obie bardzo bardzo gorąco polecam! Są bardzo bliskie mojemu serduszku.
9. Książka (zbyt) romantyczna/ książka akcji.
Klątwa Tygrysa to naprawdę dobry reaserch i fajne połączenie różnych mitologii i chociaż minęło tyle czasu odkąd pierwszy raz to przeczytałam, nadal szanuję za to autorkę. Dobra, nie ukrywajmy, szanuję wszystkie rzetelne reaserche. Jeśli chodzi o postacie, wstyd mi, że jako niewiedząca nic o życiu i literaturze dwunastolatka lubiłam kiedyś bardzo Kelsey i Rena. Boże, to było okropne. Okropne. Relacje wyjęte ze Zmierzchu (autorka jest fanką) i w trochę gorszej odsłonie.
Białego Kła nie nazwałabym książka akcji, ale to po prostu najbardziej nieromantyczna książka jaką mam na półce. Czytam bardzo dużo romansów i bardzo mało książek akcji, więc ciężko było mi coś podpasować. Aczkolwiek żałuję, że nie mam na własność Zewu Krwi, bo to moja ulubiona książka Jacka Londona i podobała mi się bardziej niż Biały Kieł.

10. Książka, która cię uszczęśliwiła/ która sprawiła, że było ci smutno.
Moim OTP dzieciństwa są Bella i Adam. Jedną z moich ulubionych bajek Disneya jest Piękna i Bestia. Poza tym Uwielbiam retellingi baśni i uwielbiam Sarę J. Maas więc to było oczywiste, że pokocham Dwór Cierni i Róż. Na początku byłam nim lekko rozczarowana, bo nie podobały mi się relacje głównych bohaterów, ale wszystko pięknie się ułożyło, a końcowa scena złamała mi serce i skleiła je na nowo. Czekam na kolejny tom bardzo niecierpliwie!
Moim innym OTP  prosto z klasy klasycznej przepełnionej szalonymi humanami (wszyscy to tam shipują, kocham ich za to) jest Achilles i Patroklos. Homer nie wyjaśnił dokładnie, czy byli przyjaciółmi czy kochankami. Alexander Wielki był ich największym shiperem, to nie podlega dyskusji, zbudował im wspólny grób, symboliczny pomnik upamiętniający ich miłość (a po śmierci swojego kochanka postawił mu świątynię, chociaż wszyscy mu to odradzali, ale to swoją drogą). Drugie miejsce zajmuję ex aequo ja z Platonem, ale trzecie należy przyznać Madeline Miller, autorce The Song of Achilles (nie uznaję polskiego tytułu "Apollo. W pułapce przeznaczenia"). Ten retelling wygrywa nawet z Dworem Cierni i Róż. co prawda, wszyscy umierają a my śledzimy rozpacz i szaleństwo Achillesa, które i nas doprowadzają do rozpaczy i szaleństwa... The Song of Achilles złamało mi serduszko. 
Książki nie ma na zdjęciu, bo pożyczyłam ją przyjaciółce, ale może to i lepiej? Okładka jest odpychająca, Achilles wygląda na niej jak taki alfa hetero prosto z filmu 300 czy coś. To kompletnie nie współgra z charakterem tej powieści. Nie wiem jakie wydawnictwo tak skrzywdziło tę książkę. 

To by było na tyle, przepraszam was za ewentualne błędy, jest pierwsza w nocy, ale byłam bardzo zmotywowana, żeby skończyć ten post zanim pójdę spać.
 Lubię tagi książkowe, bo mogę o każdej powieści powiedzieć parę słów i każdy może znaleźć tu coś, co go zainteresuje. Pisanie pełnych recenzji jest mniej przyjemne i mniej przystępne. Ciastko dla każdego, kto przeczytał cały post! Ja nigdy tego nie robię przy tagach. Mam nadzieję, że niczym was nie oburzyłam (ekhm Gwiazd Naszych Wina) i czymś was zaciekawiłam. Jeśli znacie inne ciekawe tagi, podsyłajcie! 
PS. Kto policzy ile razy w tym poście użyłam słów "kocham" "oczywiście" i "książkę"? 



Drugi sezon Miraculum i wszystko, co chciałabym w nim zobaczyć


Jeju ostatnio nie mogę przestać myśleć o Miraculum. Cały czas chodzi mi po głowie openning i zaczęłam oglądać (znowu) odcinki, które lecą na Disney Channel codziennie o siedemnastej.
Pomysł na posta wziął się ze snucia teorii razem z Alą, która naprawdę wysoko stawia tej kreskówce poprzeczkę.  Pozdrawiam Alę.
To nie do końca będzie to, co chciałabym zobaczyć, ale rzeczy, których się spodziewam, a są czasem dobre, czasem złe.

1. LINIOWA FABUŁA
Dobra, producencie nie spodziewali się starszej, dojrzalszej publiczności. Co nie zmienia faktu, że już nas mają i powinni dostosować poziom do nas. Nie chodzi o to, żeby zrobić z tego poważny dojrzały serial, ale żeby był bardziej realistyczny i spójny - Jak Winx na przykład. Poza tym, w serialu było trochę błędów logicznych, na które przymrużono oko "bo małe dziewczynki nie zwrócą na to uwagi". Najbardziej zabijało mnie to, że akumowano głównie klasę głównych bohaterów. Bardzo chciałabym zobaczyć zakumowanych rodziców Marinette i to, jak sobie z tym poradzi.

2. Lekka zmiana konceptu.
a) dojrzalsze b) bardziej realistyczne c) nie tylko dla dziewczynek
Istnieją inni ludzie w Paryżu. Nie wszystkie akcje Kota i Biedronki muszą kończyć się sukcesem. Papillion ma setki ciem, dlaczego wypuszcza je pojedynczo?

3. Przyjaźń Adriena i Mari.
Teraz mnie nie pobijcie, ale wolę Adrianette od Ladynoir. Znaczy, oni też są super, ale Adrianette jest bardziej subtelne, nieśmiałe i szalenie mi się to podoba. Bardzo bym chciała, żeby Marinette przestała zachowywać się jak wystraszone ciele i otworzyła się bardziej na Adriena i naprawdę z nim zaprzyjaźniła. Wyobrażacie sobie ich dwójkę, rozwiązujących problemy w związku Aryi i Nino? Właśnie, Alya i Nino też w końcu mogliby stać się kanonem, ugh.

4. Rzetelne dowody na to, że Gabriel Agreste nie jest Papillionem.
Pomijając fakt, że to zbyt proste, banalne i przewidywalne (a zakładam, że poziom bajki się podniesie) mamy ten słynny w całym fandomie obrazek z twarzami. *klik*  Poza tym, nie zgadza się to z historią. Finałowe odcinki, dwadzieścia pięć i dwadzieścia sześć są retrospekcją, rzutem na to, jak wszystko się zaczęło. I właśnie wtedy Gabriel zostaje zakumowany i prawie spada przez to z bloku. Zauważa też pierścień Kota i Adriena, łączy fakty. Ale nie jest to mina w stylu "haha wiem kim jest Czarny Kot!" tylko zmartwienie. Pamiętajcie, że potem Papillion cały czas próbuje poznać tożsamość Biedronki i Kota. Gabriel na pewno wie o miraculach i prawdopodobnie on jak i jego żona byli ich posiadaczami. Papillionowi przyświeca myśl przywrócenia (nie wskrzeszenia, zaznaczam) pani Agreste, więc na pewno jest z którymś z nich spokrewniony... Dobra, różne powiązania i relacje można do tego dopisać, mi serduszko rozgrzewa myśl o tym, że Gabriel mógł zrezygnować ze swojego miraculum po zniknięciu żony, kiedy Papillion nie mógł odpuścić i teraz bardo się martwi o syna. Niezależnie od okoliczności, jestem pewna, że Gabirel nie jest Papillionem.

5. Chloe zaczyna węszyć.
Jejku, proszę, tak! Ta postać ma potencjał, nie może być tylko głupią blondyną. Mam wrażenie, że jest sprytniejsza od Alyi (o co nie trudno, bo taka specjalistka o Biedronki, a nie zapytała, jak Mari ją z nią skontaktowała). Poza tym, w moim umyśle miejsce Tej Upierdliwej Postaci zajęła Lila i dzięki niej polubiłam  Chloe. Cieszyłabym się, gdyby dostała miraculum pszczoły, ale pewnie tak się nie stanie. A szkoda, byłaby lekką przeciwwagą w super teamie Kota i Biedry.

6. Miłosny przewrót.
Czyli Adrien zainteresuje się Marinette i odpuści Biedrę, a ta pokocha nagle Kota. To by było okropne, ja wiem, aczkolwiek czuje taki rozwój wydarzeń w kościach! Pewnie też po drodze się pokłócą i będzie rozłam w ich teamie, taki dziki plot twist. Ale pamiętajcie, Jeremy powiedział, że poznają swoje tożsamości pod koniec sezonu.


7. Miraculum pszczoły
To pewne, że pojawi się w odcinku specjalnym Biedronka w Szanghaju i pewnie dostanie go jakaś lokalna bohaterka, co w sumie dobitnie zaznaczy to, że akcja serialu nie ogranicza się tylko do Paryża (i klasy Mari), ale ja bym bardzo chętnie zobaczyła w tej roli Chloe.

8. Bardzo słodki odcinek świąteczny
To mówi samo za siebie, prawda? Dla mnie obyłby się nawet bez akumy i Papilliona, niektóre postacie mogłyby się trochę rozwinąć i to wszystko. Trochę zamieszania świątecznego, prezenty i jakaś krępująco-słodka scena Adrianette. Ale pewnie nie przejdzie bez koszmarnego zakumowanego Mikołaja.Swoją drogą, miło by było, gdyby w odcinku była jakaś urocza świąteczna piosenka, można by nawet zrobić z tego musical...

9. Alya w końcu zacznie myśleć (rodzice Mari też)
Ja rozumiem, że prawdopodobnie w przemianach jest coś magicznego i nie da się ich przez to rozpoznać, ale Alya przecież jest specjalistką, prawda? Poza tym za każdym razem, jak pomyślę, że Marinette ot tak zorganizowała jej spotkanie z Biedronką, a Alya nie naciskała ani w żaden sposób tego nie rozwinęła to mnie krew zalewa. Mam nadzieję, że naprawdę podkreślą jej intelekt i w jednym odcinku Mari ledwo się Alyi wywinie.

11. Więcej uwagi dla Kota
Fanki zwracają mu honor, ale w kreskówce jest tłem dla Biedronki. Lud skanduje jej imię, ona jest niezbędna do zneutralizowania akumy, Czarny Kot tylko jej pomaga, poza tym w przeciwieństwie od Biedronki nie doczekał się tematycznego bloga. Stop tej dyskryminacji!

Randomowa informacja, wiecie że niedawno wywalili cały scenariusz do kosza, bo im się nie podobał? Ala to znalazła na twitterze jednego z twórców. @Thomas_Astruc Czyli w sumie nie wiemy, czy możemy spodziewać się nowego sezonu w maju czy później.

A wy czego się spodziewacie w drugim sezonie/ odcinkach specjalnych? 


20 powodów, żeby się uśmiechnąć!

Żeby nie było, post piszę dwunastego września!

1. Nowy sezon Miraculum za siedem miesięcy, licząc wrzesień.
2. Trzeci sezon How To Get Away with Murder za dziesięć dni.
3. Jutro nowy odcinek Top Model, co równa się mojej telefonicznej randce z przyjacielem, zawsze oglądamy razem (chociaż trzysta kilometrów od siebie).
4. Również jutro urodziny mojej koleżanki. Znajomej. Nie wiem, nie znam jej zbyt dobrze, ale cała nasza nowo uformowana paczka (pozdrawiam, pierwsza liceum) cieszy się mega z niespodzianki, którą jej przygotowujemy. Mówiłam wam kiedyś, że uwielbiam urodziny i dawanie prezentów? Ten temat zasługuje na własny post!
5. Weekend za trzy dni, stay storng!
6. Czterdzieści dziewięć dni do Halloween. Nie żeby kręciło mnie przebieranie się, ale maraton tematycznych filmów jest kuszący.
7. Sto trzy dni do świąt! To już czas śpiewać kolędy i oglądać świątecznie odcinki Glee!
8. Sto szesnaście dni dni do czwartego sezonu The 100, co kompletnie nie ma już znaczenia, bo mój OTP nie żyje. Możecie im zapalić znicz (*)
9. Pięć miesięcy włącznie z wrześniem do ostatniego sezonu Black Sails. Nie wiecie co to Black Sails? Wstyd i hańba! to najwspanialszy serial o piratach na całym świecie!
10. Nowy album Little Mix (przez fanów nazywany LM4) już na przełomie grudnia/ listopada, a singiel na początku października. Umieram. Potrzebuję już tego. AAaaaaa
11. W przyszła środę wychodzi nowy serial This is us, który bardzo chcę obejrzeć, a który wam też polecam, bo zapowiada się ciekawie.
12. Za osiemnaście dni Dzień Chłopaka! Czyli kolejna okazja do dawania prezentów (patrz punkt czwarty). Janeczek, Patryczek, szykujcie się na bro-kat.
13.Do premiery siódmego sezonu Shameless zostało dwadzieścia dni.
14. Pięćdziesiąt trzy dni do kolejnej nówki serialowej, The Crown.
15. Do ostatniego sezonu Teen Wolf zostało sześćdziesiąt cztery dni ale hej, nie płaczcie, że to koniec, Stydia będzie kanonem! Powtarzam. Styydia będzie kanonem!
16. Opowiem wam historię. Była sobie super książka uwielbiana przez tumblerowiczów, nazywała się The Raven Boys. Głupi Polacy przetłumaczyli ją na "Króla Kruków" co oczywiście nie ujmuje jej wspaniałości. Ostatni tom, The Raven King, który sprytnie przetłumaczona na Przebudzenie Króla, ukaże się za siedemdziesiąt dwa dni.
17. Za siedemdziesiąt cztery dni koncert Bastille!!!
18. A za siedemdziesiąt pięć Toma Odella, tu bez wykrzykniczków, bo nie jadę.
19. Dwudziestego szóstego i dwudziestego siódmego listopada (czyli w dzień urodzin mojej przyjaciółki i dzień przed moimi) będą Warszawskie Targi Fantastyki. Polecam gorąco, super event. (siedemdziesiąt sześć dni)
20. No i punkt ostatni, moje urodziny! (siedemdziesiąt siedem dni, jaka ładna liczba)


Jak widzicie, chronologia trochę kuleje, a żeby liczyć dni, musiałam ściągnąć do tego apkę, przerasta mnie to. (hashtag human)
A na co wy jeszcze czekacie w 2016 roku? (albo i później ,bo wsumie nie pisałam tylko o 2016)
I serio, zerknijcie sobie na tego bro-kat.pl to super mega rzecz!

Mowa motywacyjna na pierwszego września


No więc tak! Powiem wam z grubsza to, co moja pełna optymizmu i energii przyjaciółka Regina wałkuje mi od miesiąca. Zaszczepiła mi swoją szkolną filozofię i jestem jej za to bardzo wdzięczna, a ten post jest po to, by przelać ją i na was.
Czytałam dziś na twitterze hashtagi #rozpoczęcieroku, #backtoschool i #mojplanlekcji i robiło mi się mega przykro widząc, jak wiele osób jest zrozpaczonych albo przerażonych. Powiem wam więc kilka ważnych rzeczy i mam nadzieję, że jest tu trochę osób z twittera.

Osobiście poszłam do mojego wymarzonego liceum, które upatrzyłam sobie dwa lata temu. Zapowiada się cudownie, klasa jest mega i nie mam żadnych niepewności, więc czuje się powołana do rozsiewania pozytywnej energii.
Większość osób, które idą teraz do nowej szkoły, ma mega wątpliwości. Czy będą mieli fajną klasę, czy się odnajdą, czy dogadają z nauczycielami? Ale do szkoły idziecie żeby się uczyć. To wasz główny cel i priorytet. A uczyć się można praktycznie wszędzie, niezależnie od warunków i otoczenia. Wystarczy wasza chęć i determinacja. Nie możecie pozwolić, żeby jakieś szmatki przeszkodziły wam w osiąganiu własnych celów. Wasza chęć nauki jest kluczowa. Wiem, że bywa ciężko, za miesiąc wszyscy będziemy zarzuceni obowiązkami i zmęczeni. Ale nie ma edukacyjnego niepokalanego poczęcia, cele nie osiągną się same. Wszystko, co teraz robicie, jest inwestycją w waszą przyszłość. Nie ma "nie potrafię", "nie mogę". Musicie próbować, musicie się starać. Lepszy jest ból dyscypliny niż ból rozczarowania.
Nie przywiązujcie się za bardzo do swoich planów. Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli i niepowodzenia nie mogą nas wytrącać zbyt mocno z równowagi jeśli coś się zmieni, coś nie uda - prawie zawsze jest druga szansa, druga próba. Musimy wierzyć w swoje umiejętności i możliwości. Nigdy też nie jest za późno, żeby zacząć się uczyć. W gimnazjum, muszę przyznać, olewałam naukę, nie angażowałam się stuprocentowo. Dostałam jednak szansę i chcę ją dobrze wykorzystać. Doceniam to. Doceniam możliwość podjęcia rzetelnej nauki, chociaż dwie trzecie drogi za mną. Co jeśli wasze marzenia nie wpadną wam same w ręce? Zabraniam wam się poddawać!

Budźcie się z determinacją, a z satysfakcją będziecie się kłaść wieczorem. Zmuście się do pracy, bo nikt inny tego za was nie zrobi. Wymówki nie są warte więcej od marzeń.
Nawet jeśli nie jesteście w jakichś mega dobrych szkołach, albo nie z tymi osobami, z którymi byście chcieli, w klasie, której nie lubicie... To jest mega zniechęcające, zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony fakt, że nie jesteście w miejscu, w którym chcielibyście być powinien was motywować najbardziej!

 Prawdopodobnie odbieracie ten wywód jako czcze gadanie, ale proszę, starajcie się i nie bójcie szkoły, edukacji. To naprawdę ma ogromną wartość. A gdyby było łatwe - każdy mógłby być najlepszy. Nie pracujcie bo musicie. Pracujcie, bo wiedza to przewaga, swego rodzaju siła. Jej wartość docenia się po czasie.
Więc weźcie głęboki oddech, zróbcie sobie mocną kawę, odetnijcie się od portali społecznościowych (i wszystkiego co może was rozpraszać), zróbcie porządek na biurku, weźcie najładniejszy zeszyt i ulubiony pisak - i zacznijcie się uczyć. To pierwszy mały krok, ale ważny. Wasze otoczenie w szkole, beznadziejne lub nie, to najgorszy czynnik, który może popsuć waszą efektywność. Pracujecie dla siebie, nie dla nich. Za dziesięć lat będą wam podawać kawę!

I pamiętajcie, głęboki oddech, nic nie jest kategoryczne, wszystko można poprawić. Nigdy nie jest za późno.

Jeśli chodzi o użyte przeze mnie tweety, nie pytałam o zgodę na to. Jeśli ktoś publikuje coś w internecie, musi liczyć się z tym, że zostanie to skomentowane. Poza tym nie krytykuję autorek, jest mi przykro, że są zniesmaczone albo się boją. Mam nadzieję, że mimo wszystko odnajdą się w szkołach i będzie u nich okej.

Playlista szczęścia

Czasami, gdy jestem w bardzo konkretnym nastroju, muszę się trochę wyładować i szukam sobie tematycznej playlisty. Jakiś czas temu zaczęłam układać własne, a tu podrzucę wam tą, która zwykle mnie wycisza i rozjaśnia zły dzień.

Łagodna, przyjemna, autorska. Polecam się.
Tu macie pełną playlistę (klik!), nie wybierajcie "play via youtube" proszę, to okropne będzie. 8tracks niektórych denerwuje (mnie bardzo, kiedy przy każdej piosence muszę podawać wykonawcę, album i rok) więc jakby co, wypisałam (i zalinkowałam) pojedynczo też piosenki.
  1. He mele no lilo - Lilo i Stich 
  2. Best day of my life - American Authors 
  3. I want write you a song - One Direction
  4. Love on top - Beyonce
  5. Hey Jude - The Beatles 
  6. Pompeii - Bastille 
  7. Wouldn't it be nice - Beach Boys 
  8. Young volcanoes - Fall Out Boy
  9. Send my love - Adele - Patty Cake cover
  10. What a wonderful world - Louis Armstrong
  11. Pride - American Authors 
  12. Good Grief - Bastille
  13. Countdown - Beyonce
  14. First - Cold War Kids
  15. Hold on to what you believe - The Darling Buds
  16. Save the rock and roll - Fall Out Boy
  17. Let it be - Glee
  18. FourFiveSeconds - Rihanna, Kanye West, Paul McCartney
  19. Hey there, Delilah - Plain White T's 
  20. Teenage Dirtbag - One Direction
  21. Here comes the sun - The Beatles 
  22. Today - Wiliamette Stone
  23. Stand Down - Little Mix
  24. You can't always get what you want - Rolling Stones
  25. Man in the mirror - Michael Jackson 
  26. Why should I worry - Oliver and Company 
  27. We don't believe what's on tv - Twenty One Pilots 
  28. For him - Troye Sivan
  29. Up in the sky - 77 Bombay Street
  30. Forest - Twenty One Pilots
Jeśli komuś będzie chciało się sprawdzić te piosenki, albo przynajmniej kilka z nich, ma ode mnie ciastko! 

A tak na serio, możecie mi podesłać kilka swoich piosenek, które was uszczęśliwiają lub uspokajają, czy to przez tekst, czy przez melodię. 

zdjęcie z http://bookishsolace.tumblr.com/

Liebster Blog Award


Nominacja do Liebster Blog Award to swojego rodzaju wyróżnienie od innego bloggera. Wybiera się jedenaście (zwykle i tak ludzie podają mniej) lubianych przez siebie blogów i zadaje pytania. Osoba, która odpowie na pytania, wybiera swoją top jedenastkę i tak to się dalej toczy... Za nominację dziękuję Rilli z Papierowej Doliny

1.Gdybyś mogła zupełnie zmienić zakończenie wybranej książki/filmu/serialu, jaką pozycję byś wybrała? 
Uwaga spojler ze Skinsów.
Freffie bardzo poruszyło moje serduszko, to był cudowny ship, a to, jak Freddie zginął... Byłam w bardzo mocnym szoku, zarzekałam się, że nie obejrzę kolejnej generacji, bo zwariuję i uznałam serial po prostu  za psychiczny. Freddie nie zasłużył na taką śmierć, zasłużył na piękne życie u boku Effie, którą uratował w każdym tego słowa znaczeniu.

2. Jaką herbatę najbardziej lubisz? (rodzaj, dodatki...) 
Nie mam jednej ulubionej, eksperymentuję z herbatkami i rzadko kupuję jedną dwa razy. Ale ostatnio kupiłam taką przecudowną, sypaną assam z habrami, kardamonem i pomarańczą. 

3. Wolisz, żeby książki wyglądały nieskazitelnie, czy raczej lubisz, gdy widać, że były czytane? 
To drugie. Nie znoszę, kiedy się niszczą, ale nie wściekam się, kiedy wytrze mi się trochę srebrny napis na okładce, zrobi jakaś plamka od długopisu, a jak zagnie się strona albo złamie grzbiet... Bywa! Czasem robię też notatki ołówkiem w książce, jak nie mam przy sobie notesu.

4. Twoje ulubione zajęcie? 
Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Prawdopodobnie zakupy. Szczególnie, jeśli chodzi o książki, jedzenie i wszelkiego rodzaju łapacze kurzu. 

5. Czy kolekcjonujesz coś? (oprócz książek)
Kaktusy (dwadzieścia), figurki koni (jedenaście, w tym Cadence i Shining Armor z Kucyków Pony, polowałam na tę dójkę z gazetkami MLP) i łapacze snów (siedem). Może nie są to imponujące kolekcje, ale z czasem się powiększają. 

6. W jakie jedno miejsce na świecie (gdzie jeszcze nie byłaś) najbardziej chciałabyś się udać? 
Trudno mi wybrać między Nowym Jorkiem a Wenecją. Okropnie chciałabym zobaczyć Statuę Wolności, Times Square, obejrzeć musical na Brodwayu... Nowy Jork to rodzaj miasta, w którym chciałabym kiedyś mieszkać. Z drugiej strony Wenecja to moje marzenie dzieciństwa. Czytałam dużo książek, których akcja się tam działa i marzyłam, że udam się tam kiedyś na karnawał. Raz zaczęłam płakać, bo w jakimś dokumencie powiedziano, że w przeciągu pięćdziesięciu lat Wenecja zatonie i bałam się, że nie zdążę jej przed tym zobaczyć. 

7. Dowiadujesz się, że za dokładnie tydzień nastąpi koniec świata. Co robisz? 
Prawdopodobnie zaczęłabym płakać, panikować i dzwonić/jeździć do przyjaciół i rodziny i mówić, jak bardzo ich kocham. I powiedziałabym paru osobom, że szczerze ich nienawidzę. Może zabiłabym się wcześniej. Matko, to drastyczne pytanie. Tego nie da się przewidzieć! 

8. Grozi ci śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdybyś miała wybrać jedną fikcyjną postać, by cię broniła, kogo byś wybrała? 
Supermena! Po pierwsze, nie porzuciłby mnie, nawet jeśli byłabym dla niego obca. A po drugie jest superbohaterem, a ci zawsze wychodzą z opałów. 

9. Jesteś skowronkiem czy sową? (innymi słowy: wolisz uaktywniać się wczesnym rankiem, czy siedzieć do późna w nocy?) 
Stuprocentową sową. Książki i seriale są o wiele lepsze w nocy, nie wiem dlaczego. Nikt mi nie przeszkadza, nic nie rozprasza. 

10. Możesz zapomnieć o istnieniu jednej książki/filmu/serialu, łącznie z całą fabułą itd. Co wybierasz?
A może być pół serialu? Właściwie jeden sezon? Once upon a time był dla mnie bardzo sentymentalnym serialem, ulubionym. Ale jak patrzyłam co autorzy zrobili z piątym sezonem, to krew nie zalewała. Nagły spadek poziomu (serial i tak był niskobudżetowy) był tak okropny, że nie mogłam na to patrzeć. Przestałam to oglądać, sprawdzam tylko na tumblrze, co się dzieje z moim OTP. 

11. Jaką pogodę lubisz najbardziej? 
Typowy przełom kwietnia i maja. Jest rześko, ale już ciepło, czasem pada deszczyk, a słońce jest jeszcze takie blade.  

Na większości blogów, które czytam regularnie, ostatnio pojawiło się LBA, więc pozostało mi pięć. 
Niebieski zeszyt (Merr, ożyj)

Pytania:
1. Jaka jest najgorsza książka, którą czytałaś?
2. Książka, której kompletnie nie zrozumiałaś.
3. Czy jest serial, który poleciłabyś każdemu?
4. Wolisz oglądać filmy w kinie czy w domu?
5. Jaki był początek twojego blogowania?
6. Jakaś zabawna anegdotka z dzieciństwa?
7. Jaki jest twój żenujący nawyk/ cecha charakteru, której czasem się wstydzisz?
8. Czy jest coś czego nie lubisz w blogowaniu?
9. Kim jest twój ulubiony czarny charakter?
10. Jak nazwałabyś odkrytą przez siebie gwiazdę?
11. Gdzie jest Nemo?


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka